nazwa.jpg, 14 kB

 

ZAWIEDZIONY KOCHANEK EUROPY

UCIECZKA Z DOMU OBŁĄKANYCH

Pomijany w kanonach lektur. Nieobecny w bibliotekach. Pośmiertnie dołącza do klasyków prozy polskiej XX wieku. Postać nieznana dla kilku pokoleń polonistów z cenzusami uniwersyteckimi. Dopiero upadek reżimu umożliwia rodzaj „odczarowania" emigracyjnego twórcy. Bibliografia prac o Andrzeju Bobkowskim liczy dziś kilkaset pozycji.

Erudyta. Nałogowy miłośnik słowa pisanego. Z wykształcenia ekonomista. Z natury wieczny chłopiec i włóczęga. „Jestem flancą, która łatwo przyjmuje się wszędzie", pisze w liście do Jarosława Iwaszkiewicza.

Syn generała. Jedynak. Owoc, jak wspomina w liście do Tymona Terleckiego, „małżeństwa delikatnej, oczytanej, obracającej się ciągle w towarzystwie pisarzy [...], grającej, śpiewającej - słowem orchidei z Wilna [...] z żołdakiem austriackiej armii". Wychowanie staranne: „Poezja, języki obce, literatura, muzyka, to od najwcześniejszych lat ciche godziny z matką. Potem, gdy skończyłem siedem lat, ojciec zwyczajem Słowian orzekł, że syn przechodzi pod opiekę męską. Ogolił głowę, dwie godziny konnej jazdy na czczo, nauka bridża [...], gimnastyka, szermierka, strzelanie ze wszystkiego z działem 75 mm włącznie, wszystkie manewry z ojcem, a równocześnie podziemna praca matki dalej, a Mereżkowski, a Rousseau, a Baudelaire, a Verlaine.

Jak mnie [...] w gimnazjum, wysłali za granicę dla wyszlifowania francuskiego i niemieckiego, to na dworcu mama odprowadzała mnie na stronę, robiła znak krzyża na czole i dawała do portmonetki medalik z Matką Boską, a potem ojciec brał mnie na stronę i dawał pudełko prezerwatywów <Olla> i błogosławieństwo na drogę w postaci przysłowia bośniackiego ‘a kukurat stoi, pamet u muzycy', czyli <jak k... stoi, to rozum do d... idzie>. Takie to było wychowanie".

Kilka miesięcy przed wybuchem wojny, z ledwie poślubioną żoną, wyjeżdża z Polski do Francji. Z upodobania - modelarz samolocików. Z powołania - pisarz. Za życia wydaje jedną książkę, ale fenomenalną. Dziennik okupacyjny „Szkice piórkiem". „To jedna z najważniejszych książek opublikowanych przez Instytut", akcentuje Jerzy Giedroyc. „Bobkowski rozpoczynając dziennik liczy 26 lat i zostaje pisarzem od razu", pisze Tymon Terlecki. To literatura stanów gorących, rzeczywistości dziejącej się „tu i teraz", jak najdalsza od fikcji. Jak rasowy reporter, czyni zapiski przy każdej sprzyjającej okazji. Rzadziej w hotelu, częściej pod namiotem, na skwerze, na plaży, w przydrożnym rowie. Napędzany przekonaniem o konieczności udokumentowania niezwykłych, epokowych zdarzeń.

Tytuł jest złudny. Bobkowski inauguruje dziennik w momencie dramatycznym - 20 V 1940 r. Osiem dni po przerwaniu frontu francuskiego. 14 czerwca dywizje niemieckie wkraczają do Paryża. Francja godzi się na bezwarunkowe zawieszenie broni. Państwo podzielono na strefę północną, okupowaną przez Niemców oraz tzw. „Państwo Francuskie", z ulokowanym w Vichy rządem i 100-tysięczną armią. W tej drugiej strefie znalazł się Bobkowski.

„Szkice...", to autorskie spojrzenie na Francję w obliczu klęski i zapis stanu ducha Francuzów. Jest świadkiem wjeżdżania do miast niemieckich czołgów z otwartymi wieżyczkami. Żołnierze francuscy oddają nieużywane karabiny. Spotyka oddziały wciąż uciekających wojsk francuskich, aby tylko nie podjąć walki i poddające się „na telefon" Niemcom. Zarazem opowieść o rowerowej wędrówce po kraju, z mistrzowskimi opisami architektury i przyrody oraz życia codziennego po wybuchu wojny. Zapis rozczarowania brakiem woli oporu Francuzów. Kapitulację i obraz degrengolady wyidealizowanej, fascynującej i kuszącej Francji, Bobkowski odbiera, jak perfidną zdradę cynicznej kochanki. Dalej uwodzi, ale udaje, bo jest już z innym...

„Czy Europejczyk rozumie słowo wolność?", pyta rozżalony. Ostatni zapis w „Szkicach..." - 25 sierpnia 1944 r.; moment wyzwolenia Paryża przez wojska amerykańskie.

Nie akceptuje Europy w kształcie ustalonym w Poczdamie. Inteligentny, przenikliwy, obserwuje postępującą demoralizację powojennych elit, deprecjację wartości europejskich, narastanie poprawności politycznej. Rozgoryczony upadkiem moralnym zainfekowanych komunistyczną ideologią francuskich elit, ulega ostatecznie przeświadczeniu, że Europa Zachodnia nie będzie alternatywą kulturalną dla krajów i narodów zawładniętych przez imperium sowieckie.

Bobkowski „był przekonany, że komunizm zwycięży w Europie i wszystko zaleje", tłumaczy Giedroyc. „Pewnego dnia zjawił się u nas zupełnie zdecydowany, tak że nie było żadnej dyskusji, i oświadczył, że wyjeżdża do Gwatemali".

Wie, że nie będzie wykonywał „zawodu" intelektualisty. Przeważa pragnienie zaznania własnej, całkiem osobistej „niepodległości". Emigrant wybiera docelowo miejsce z pewnością egzotyczne. Gwatemala zajmuje nieco ponad jedną czwartą obszaru przedwojennej Polski. 25 czerwca 1948 roku, Barbara i Andrzej Bobkowscy wchodzą na pokład statku „Jagiełło", odpływającego z Cannes do Cristobal Colon w Panamie.

Najpierw pracę znajduje Barbara, plastyczka. Dekoruje wystawy. Mąż zrazu zarabia, jako tragarz, potem pracuje w fabryce butów, a następnie dostaje posadę buchaltera w magazynie maszyn rolniczych. W wolnym czasie, Bobkowski szwenda się po mieście. Zauważa całkowity brak „modeli samolotów latających" w sklepach z zabawkami. Postanawia wypełnić tę lukę, a zarazem powrócić do swojej przedwojennej pasji. Wykonuje pierwszy model, który po dwóch tygodniach prób zanosi do najlepszego sklepu i rzuca nim na posadzkę. Model „ląduje" nietknięty siłą uderzenia, co stanowi rękojmię jakości wyrobu. Odtąd wytwarzanie i sprzedaż modeli samolotów będzie głównym źródłem utrzymania wybitnego intelektualisty i utalentowanego pisarza.

Polskę opuszcza bez świadomości, że nigdy już do niej nie powróci. „Był duchowo niepodległy i pilnował tej swojej niepodległości z nieustanną czujnością", wspomina Gustaw Herling-Grudziński. „Po przeprowadzce <Kultury> z Rzymu do Paryża przewiózł ją w sercu i umyśle do Gwatemali i pozostał jej wierny do śmierci. [...] żył kilkanaście lat z jednym uchem przytkniętym do <Kultury>, a drugim do Polski. Mógłbym go krótko określić tak: był surowy, ostry i wymagający z nadmiaru miłości. Dlatego to, co pisał i mówił, mogło wywoływać sprzeciwy, rozniecać dyskusje, ale nie odbiegało nigdy od prawości myśli i uczuć. Zaufanie do niego budziły natychmiast dwie cechy: prostolinijność i uczciwość".

Poza „Kulturą" publikuje w londyńskich „Wiadomościach", a początkowo, tuż po wojnie, także w pismach krajowych, jak „Tygodnik Powszechny", „Dziś i Jutro", „Twórczość", „Nowiny Literackie". Skromną spuściznę literacką przytłacza, można powiedzieć, bogata, olbrzymi korespondencja. Niemalże całe dorosłe życie spędził poza Polską, więc listy były jedynym sposobem komunikacji z bliskimi.

W 1970 roku, Instytut Literacki wydaje „Coco de Oro", tom szkiców i opowiadań Bobkowskiego drukowanych w „Kulturze". W Polsce „Szkice piórkiem" wydano w 1997 roku. W roku następnym korespondencja z lat 1946-1967 między Bobkowskim i Gieroyciem (Warszawa 1998) oraz „Listy do Tymona Terleckiego 1956-1961" (Warszawa 2007). W 2008 r. wydano w Polsce tom jedenastu opowiadań Bobkowskiego pt. „Punkt równowagi" (Kraków 2008), „Listy z Gwatemali do matki" (Warszawa 2008).

Bobkowski uciekł od komunizmu i nie może pojąć, a w końcu znieść mody „na komunizm" luminarzy paryskich salonów. A priori odrzuca perspektywę dyktatu, odgórnego narzucania człowiekowi potrzeb i zachowań. „Krzyczy" o abdykacji Europy, która wygrała wprawdzie wojnę, ale przegrała pokój. W zagęszczającej się atmosferze zimnej wojny, nie jest osamotniony w przerażeniu perspektywą inwazji azjatyckiej kultury, kojarzonej z Armią Czerwoną.

Przyczyny zamilczenia w Polsce twórczości literackiej i znaczącego dorobku publicystycznego Bobkowskiego, nie są trudne do odgadnięcia. To niezmienny, konsekwentnie deklarowany antykomunizm syna sanacyjnego generała. Przenikliwy i kategoryczny aż do bólu. Pewny swoich racji. Obnaża hipokryzję ludzi pióra angażujących się po stronie kolejnego garnituru władzy, zawsze gotowych do pracy w usługach spółki pod kierownictwem Bermana i plejady następców stalinowskiego pomiotu. Pisze z pasją. Myśl wykłada jasno, językiem dosadnym, co przyjaciół mu nie przysparza. „I jak pan teraz wygląda? Jak ch...wielbłąda", naigrywa się z omamionych komunizmem pisarzy socrealistów, pryszczatych et cetera, akceptujących dekady błędów i wypaczeń, przyklaskujących kolejnym odwilżom.

Prof. Krzysztof Ćwikliński, historyk literatury z UMK, akcentuje dar przenikliwości Bobkowskiego, który „dostrzegł <żelazną kurtynę> na długo przed jej ustanowieniem, ale obawiał się też, że może ona runąć pod uderzeniem dywizji sowieckich, które - nie łudził się - nie zatrzymają się na Renie, a w najlepszym razie na Pirenejach".

W komunistycznej Polsce pozostała matka pisarza - Stanisława Bobkowska. W listach do niej relacjonuje codzienne zmagania zmierzające do zapewnienia podstaw egzystencji sobie i żonie. Syn sanacyjnego generała na emigracji nie żyje w dobrobycie. Przeciwnie. Ale nie dla polepszenia statusu materialnego porzuca Stary Kontynent.

Swój na pozór szalony wybór tłumaczy matce często w tonie usprawiedliwienia. Zapewnia wielokrotnie, że jest szczęśliwy, bo spełnia się w młodzieńczej pasji modelarskiej, która w wieku dojrzałym zmieniła się w zawód. Pisze matce o sprawach najprostszych, niby banalnych. „Oszałamiające bogactwo myśli poruszających wyobraźnię, świetna stylistyka, celna argumentacja, nagromadzenie przeżyć, doświadczeń i obserwacji, które by starczyły na dalszych parę tomów prozy", pisze o listach Włodzimierz Odojewski. Notabene pisywał także do Giedroycia, Terleckiego i Anieli Mieczysławskiej, żony prezydenta RP na Uchodźstwie, Edwarda Raczyńskiego. 

Komunistyczny reżim wdowę po przedwojennym generale traktuje „standardowo". Stanisława Bobkowska - znajoma Przybyszewskiego, Kasprowicza, Żeromskiego, szwagierka Osterwy - pracuje w charakterze garderobianej i magazynierki w krakowskim Teatrze Rozmaitości. Synowa i syn ledwie wiążą koniec z końcem, ale pomagają jej materialnie w miarę możliwości, a Andrzej wspiera duchowo.

Po 1956 roku, Bobkowski bardziej otwarcie „dyskutuje" z matką o sytuacji politycznej w Polsce: „Przecież w TYM systemie ludzie MUSZĄ kraść, ludzie muszą stać się egoistami i diabłami, bo ten system niczego nie rozwiązuje i nigdy niczego nie rozwiąże". [...] „Polska z odległości sprawia wrażenie obłąkanej. Ludzie w nędzy, ale co miesiąc nowe pismo społeczno-kulturalne. Kultura i pusty brzuch to trudne na dalszą metę".

Żywo zainteresowany aktualnymi wydarzeniami politycznymi. Dostrzega dramatyczną bezowocność walki o niepodległość Polaków. PRL definiuje, jako „dom kilku tysięcy wariatów ideologicznych", w którym reszta ludzi zdrowych usiłuje sobie wmówić, że jednak nie żyją w Tworkach. Wcześniej rozczaruje go Europa, osobliwie Francja, „strzęp europejski opanowany przez syfilis polityczny, społeczny, ideowy, moralny, intelektualny".

Patrzy szeroko i daleko. Jednocześnie zauważa istotne szczegóły i odkrywa detale, których rangę klasyfikuje wedle znaczenia. Pisze do Giedroycia: „Zapytałem Pana, dlaczego Pan nie kradnie, tak samo jak kiedyś zapytałem o to siebie. I tu z całą szczerością doszedłem do przekonania, że najsilniejszym hamulcem jest dla mnie to, co zostało mi wszczepione przez ojca jako reprezentanta pewnej klasy: Bo tego s i ę nie robi".

„Tego się nie robi"... Człowiek przyzwoity zna granice dostępu. Nie ulegnie pokusie przystąpienia do dostatniego, łatwego, ale moralnie skarlałego, podłego świata. Andrzej Bobkowski jest zwolennikiem i niezłomnym obrońcą prostych zasad i stylu. Życie jest dla niego przygodą, poszukiwaniem, wyzwaniem. W stałej opozycji do obłudy, pychy i próżności. „Te zalety niejako upoważniają, dają prawo do jasnego i bezpośredniego formułowania sądów [nawet] kontrowersyjnych i niepopularnych, [...] do których inni nie mieliby odwagi przyznać się publicznie", zauważa Ćwikliński.

Wobec powojennego podziału świata, powrót do Polski uważa za niemożliwy. „Londyńczycy" żartowali, że Bobkowski jest „spod zaboru" paryskiej „Kultury". Uwiedziony przez Giedroycia (i wzajemnie), niemniej lektura gęstej intelektualnie korespondencji obu panów dowodzi nieustannych sporów. „Bardzo go cenię, ale nie jestem zaślepiony i zawsze się z nim wykłócam", pisze z Gwatemali do Terleckiego.

Giedroyc rozpoznaje wartość twórczości Bobkowskiego. Najchętniej widziałby go w zespole „Kultury", ale podejmowane próby „zwabienia" Boba do Europy - już to pod pretekstem rocznego stypendium literackiego, albo posady korespondenta pisma w Berlinie - spełzają na niczym.

Pan Maisons Laffitte nie znajduje dość argumentów, aby wybitnie utalentowany pisarz porzucił swoją pasję i sklep modeli latających w peryferyjnej Gwatemali. Bobkowski skazuje siebie na siedem lat pisania jedynie z „doskoku", ale za nic nie chce sprzeniewierzyć się swojemu wyobrażeniu wolności osobistej i zestawowi prostych zasad etycznych.

„Piszę do Was z pewnego rodzaju żarliwością typa, który całe życie cenił nieprzytomnie wolność, [...] oderwałem się od wszystkich rzeczy na emigracji, od zapewnionego chleba <przy>, <koło>, i jako intelektualista zdobyłem się na dobrowolną próbę sił, aby być naprawdę wolnym, aby mieć prawo zdechnąć z głodu bez niczyjej litości, skoro nie dam sobie rady. Nie starałem się do niczego <doczepić>, bo chciałem i musiałem być wolny. [...] Mogę sobie o każdej godzinie dnia spojrzeć w lustro, prosto i jasno, i powiedzieć: <Nie s... się ani na cal>" (1957).

Pojęcie wolności własnej, osobistej tłumaczy prostą konstatacją, że przez dwanaście lat życia w Gwatemali nikt nie zażądał odeń pokazania dowodu osobistego. Drobiazg? Ale jaką może sprawić radość człowiekowi ceniącego wolność w kategoriach niemalże absolutu.

Na szczęście upadek Europy, to nie koniec świata, bo „Ameryka to inny świat, to świat, który można z serca pokochać i być zadowolonym, że umrze się tutaj, a nie w tym europejskim gównie, w tych francuskich, czy angielskich smarkach".

Człowiek obdarzony niesłychanie silną potrzebą niezależności. Bezkompromisowy w sądach. Z determinacją szuka swojego miejsca w życiu i w literaturze. Wyróżnia go cięty, daleki od poprawności politycznej język. „Prawdziwy pisarz, to nie ten, który dobrze pisze, ale który najwięcej dostrzega", jakby mimochodem wykłada swoje credo.

Dorobek pisarski Andrzeja Bobkowskiego ilościowo nie jest imponujący. Zaabsorbowany rozlicznymi zajęciami związanymi z zapewnieniem sobie i żonie podstaw egzystencji, nie pisze wiele. Dużo więcej czasu poświęca czytaniu. Jego twórczość z biegiem lat dojrzewa, oscyluje wokół spraw pryncypialnych.

Niełatwo znaleźć w literaturze XX wieku postać wzbudzającą tyle rozbieżnych opinii, kontrowersji, w podobnym stopniu stygmatyzowaną i deprecjonowaną. Outsider z wyboru. „Buntownik", „chuligan literatury", „histeryk wolności"...

Talent dany od Boga, ale niespełniony. Przedziera się do literatury jedną książką, lecz emigrant tworzy wielkie dzieło zawarte w listach. Jego obszerne „epistolograficzne lawiny" (Maciej Urbanowski), to oryginalny konglomerat gatunków - dziennika, eseju, reportażu, licznych polemik. Styl charakterystyczny, z elementami humoru, sądów ostrych aż po brutalność.

W istocie jest człowiekiem łagodnym i ciepłym. „Romantyczny realista", który preferuje cechy i dziś zapoznane. Jak lojalność, moralność, odpowiedzialność, wierność. „Wierzę w koty i w rum, i w słońce, i w zielone drzewa, i w wolność", pisze o sobie samym.

I niejako dopełnia artystyczną autokreację: „Chcę mieć prawo zdechnąć z głodu, jeżeli sobie nie dam rady. I żyć na litość boską, żyć trochę tak, jak mnie się podoba, a niekoniecznie tak, jak się podoba jakiejś zas... ideologii. Amen".