nazwa.jpg, 14 kB

TEATR POLSKIEGO RADIA

Zbigniew Branach CHŁOPAK Z BALLADY

 

DŻWIĘKI: Orędzie E. Gierka z 20 XII 1970 r.

Nagrania operacyjne SB z grudnia 1970 roku.

Anonimowy utwór z Sierpnia’80: Piosenka dla córki.

OSOBY:

Narrator

Tajniak

Eugeniusz Godlewski

Dziennikarka

Salomea Miotke

Portier

Noszowy 1

Admirał Ludwik Janczyszyn

Eleonora Karczewska

Noszowy 2

Edmund Pepliński

Komandor Jan Górecki

Komandor Adam Kunert

Prokurator-komandor Jan Siemianowski

Doktor Świętosław Jaszczenko

Izabela Godlewska

Ksiądz

Prokurator (Anonimowy)

Krzysztof Dowgiałło

Anna Tumidajska, z domu Ricci

Razem – 5 kobiet i 15 głosów męskich.

(strzały karabinowe; panika, krzyki uciekających ludzi)

NARRATOR: Protest na Wybrzeżu o podłożu ekonomicznym przeradza się w ruch o wyraźnych cechach insurekcyjnych. Władza wysyła do Gdańska, Gdyni, Szczecina i Elbląga tak zwane siły interwencyjne. Wskutek działań czterech dywizji operacyjnych wojska oraz specjalnych oddziałów milicji, zastrzelono bądź rozjechano gąsienicami czołgów co najmniej 45 osób. Najmłodsze ofiary, to dzieci w wieku szkolnym – piętnasto-, szesnastoletnie.

Jest niedziela, 20 grudnia 1970 roku. Władysław Gomułka abdykuje na szpitalnym łóżku. Posadę pierwszego sekretarza partii obejmuje Edward Gierek, który wieczorem wygłasza orędzie do narodu:

…zaszły wydarzenia, które głęboko wstrząsnęły całym społeczeństwem… Zginęli ludzie. Wszyscy przeżywamy tę tragedię…

(dzwonek i odgłos otwieranych drzwi)

TAJNIAK: Godlewscy? Dobry wieczór, my z województwa. Oto legitymacja służbowa… Czy syn, Zbigniew, jest w domu?

GODLEWSKI: Nie, nie ma go. Jest w Gdyni. A o co panom chodzi?

TAJNIAK: No, my z powodu jego nieobecności właśnie... Mamy polecenie zabrania was na pogrzeb syna…

GODLEWSKI: Nie trzeba…

TAJNIAK: Trzeba, trzeba! Decyzją władz, wasz syn zostanie pochowany na koszt państwa polskiego.

GODLEWSKI: Co to za maskarada?!

TAJNIAK: O, proszę, tu jest dokument…

GODLEWSKI: Zabieraj pan to! Urządzimy mu pogrzeb sami!

TAJNIAK: Niech pan będzie poważny, jako ojciec… Nie macie ciała, nie? No to jak chce pan urządzić pogrzeb? Bez trupa, że zapytam wprost?... A my wiemy gdzie trup aktualnie przebywa…

(zawodzenie matki; muzyka)

NARRATOR: Echem grudnia 1970 roku jest refren - Janek Wiśniewski padł... Polacy coś słyszeli. Pobieżnie. Piąte przez dziesiąte. Nic pewnego, merytorycznego. W Trójmieście mówiono o nim zrazu pokątnie, ale z szacunkiem. W kręgach patriotycznych nawet z patosem, czcią przynależną bohaterom. Naród cały usłyszy o nim dopiero dzięki filmowi Człowiek z żelaza i ekspresyjnej interpretacji Krystyny Jandy.

(przerywnik muzyczny)

DZIENNIKARKA: Janek Wiśniewski?... Nie, nie jarzę kto to był. Wie pan, ja pracę magisterską pisałam ze średniowiecza… Ale zaraz, chwila! Wiem! Film jakiś widziałam. Nieśli go gdzieś, ze śpiewem, coś takiego…

NARRATOR: Cenzura dusi każdą wzmiankę o postaci z pastiszu ballady podwórkowej, wzrastającej z latami do rangi pieśni o bohaterach insurekcji. Temat zakazany. Bohater z wyrokiem zaocznym. Skazany na niepamięć. Twarz nieznana z telewizji. Bohater poniekąd kłopotliwy.

DZIENNIKARKA: A dlaczego kłopotliwy?

NARRATOR: Syn zawodowego oficera zastrzelony przez żołnierza…

DZIENNIKARKA: Niemożliwe?! Mój ojciec i dziadek byli też oficerami. No, nie całkiem w wojsku… Ale mundury też w szafach mieli! Ale, wie pan, rzeczywiście może być kłopot z tym Wiśniewskim. Może ja zadzwonię do szefa i zapytam, czy mi to puszczą.

(z drugiego planu modulowany kobiecy głos)

DZIENNIKARKA: Szefie, ten pisarz, co pan mi go nadał, opowiada rzeczy, o których nie mam pojęcia… No że niby w czasie pokoju polscy żołnierze zastrzelili jakiegoś Wiśniewskiego, co był synem oficera… No właśnie, szefie – kogo to obchodzi…

NARRATOR: Kim był człowiek, który przeszedł do legendy w słowach ballady? Janek Wiśniewski, ani Jan nie figurował w spisach zabitych, ani rannych w czasie insurekcji grudniowej na Wybrzeżu. Brak go również na listach ofiar zweryfikowanych przez prokuraturę blisko ćwierć wieku później. Geneza umieszczenia tytułowej postaci w balladzie absorbuje wielu badaczy. Tropy wiodą do Morskiego Portu Handlowego w Gdyni. Mógł to być sztauer Zbigniew Godlewski. Absolwent szkoły zawodowej na ulicy Blacharskiej w Elblągu, z czerwca 1970 roku. Zatrudnia się w porcie kilkanaście dni przed Grudniem. Wraz ze szkolnym kolegą zamieszkuje na stancji. Kazimierz Pozdowski wspomina, że plan mieli prosty. Marzyli o ucieczce z Polski Ludowej w kontenerze. Statkiem. Do Szwecji.

(przerywnik; strzały karabinowe; wybuchy petard)

NARRATOR: 16 grudnia, wbrew przestrogom kolegi, Godlewski jedzie do Gdańska, gdzie płonie gmach partii a milicja i wojsko strzelają do demonstrantów. Wieczorem pisze zwięzły list: Kochani Rodzice. Byłem dziś w Gdańsku. Wszystko widziałem na własne oczy. Nie martwcie się – Zbyszek… Rano, 17 grudnia 1970 roku, na pomoście przystanku kolejki elektrycznej Gdynia Stocznia, jego ciało przeszywa seria zainstalowanego na czołgu karabinu maszynowego.

(nagrania operacyjne SB: Mor-der-cy! Mor-der-cy!)

NARRATOR: Umiera natychmiast. Ktoś krzyczy, żeby zanieść go pod dom partii. Młodzi mężczyźni płaczą i przenoszą ciało pomostem na ulicę Czerwonych Kosynierów. Ktoś podaje flagę, na której kładą zastrzelonego i ruszają w szpicy formującego się pochodu. Nie jest im wygodnie. Bezwładne ciało ześlizguje się z płótna, ucieka z dłoni. Materiał przesiąka krwią i nabiera szybko czerwonobrunatnej barwy.

(serie karabinów maszynowych, ryk silnika helikoptera)

NARRATOR: Pochód zatrzymuje się na wysokości przedwojennego baraku z mieszkaniami służbowymi dla kolejarzy.

MIOTKE: Serce mi ścisnęło i łzy napłynęły do oczu, jak zobaczyłam zastrzelonego chłopaka, który mógłby być moim wnukiem… Krwi na płótnie było tyle, że niemożliwe. Mój mąż powiedział im, żeby wzięli i położyli go na drzwiach. Od nas. Z toalety. Tak zrobili i poszli dalej.

NARRATOR: Pochód dochodzi do siedziby Komitetu Miejskiego PZPR.

PORTIER: Wszystko pozamykane. Aparat się wyniósł chwilę temu. Z sekretarzem na czele.

NOSZOWY 1: Proszę, proszę… Sekretarz robotniczej partii zmoczył przed robotnikami. Gdzie uciekli?

PORTIER: Wsiedli do karetek wojskowych. Ewakuację zabezpieczał oddział marynarzy z bronią długą.

JANCZYSZYN: Aparat partyjny schronił się u mnie, w Dowództwie Marynarki Wojennej. Jak zobaczyłem pierwszego sekretarza, to zrugałem go ostro, po żołniersku, że chowa dupę zamiast wyjść do ludzi. O! Jaka obraza była! Nie odzywał się do mnie kilka lat, taki ambitny.

NARRATOR: Przebieg zdarzeń monitoruje sztab tak zwanych sił porządkowych. Demonstranci nie zdają sobie sprawy, że obserwują ich esbecy porozumiewający się za pomocą krótkofalówek. Milicjanci nie orientują się z kolei, że rozmowy prowadzone z centralnego stanowiska dowodzenia MSW w Gdyni, nagrywa przypadkowy radioamator.

(nagrania operacyjne SB; tu spisane z taśmy magnetofonowej)

Przy radzie skandują: Precz z mordercami! Precz z mordercami! Wojsko z nami! Wojsko z nami!

Gujana zgłasza się.

Więc ile tam jest mniej więcej osób w tej chwili przy radzie?

W tej chwili jest około pięć tysięcy.

Słychać przy radzie strzały z broni ręcznej.

Gdzie słychać?

Przy radzie. Przy radzie.

Broni ręcznej? Słuchaj, może się upewnisz czy to nie są petardy.

Skąd petardy. To jest z broni ręcznej.

Z ręcznej, nie maszynowej, tak?

Nie, nie. Od czasu do czasu słyszę strzał z ręcznej.

Rozumiem, a kto podał? Alaska?

Tak, Alaska. Nareszcie szturm. Wojsko i milicja daje szturm. Uciekają.

- Rozumiem. Wojsko i milicja szturm zrobiła...

NARRATOR: Mieszkająca w centrum pielęgniarka z Przychodni Zakładowej Stoczni Komuny Paryskiej w Gdyni, nie dociera do pracy.

KARCZEWSKA: …z powodu ostrzału i blokady ulic. Poszłam po męża. W stronę Czerwonych Kosynierów nadlatywały helikoptery, z których spadały duże pojemniki z gazem. Niby daleko od nas, ale oczy piekły niemiłosiernie. Zatrzymaliśmy się na 10 Lutego, przy Poliklinice. Mogło być po dziewiątej, kiedy usłyszeliśmy śpiew. Od strony wiaduktu nadchodził pochód. Kilku mężczyzn niosło drzwi, na których ktoś leżał. Poruszona, podeszłam bliżej. Na drzwiach leżał chłopiec. Blondynek. Króciutkie włosy. Młodziusieńki. Dzieciak po prostu. Przypatrywałam się z bliska, aby zobaczyć jak jest ranny. Przy uchu miał dużą ranę. Rozerwana część twarzy. Szyja cała zakrwawiona… Nie żył.

NARRATOR: Informatorzy SB wmieszani w tłum demonstrantów odskakują co jakiś czas, by nadać meldunek.

(rozmowy operacyjne SB)

Z dworca teraz w stronę „dziesiątego” płynie.

Tak! Z samego holu wypłynęli!

I w jaką stronę idą? W którą stronę - Legia - płyną?

Od głównego dworca do „dziesiątego” płyną…

Z flagami czy z transparentami?

Z flagami - z flagami - kilka flag i transparent.

Słuchaj, czy mógłbyś odczytać?

Tam nic nie pisze, tylko czarną wstążką przewiązane jest.

Dobrze, zrozumiałem.

Śliwa, tu Gujana, ile ta grupa może liczyć. Spytaj się Legia - ile ta grupa może liczyć?

No, jeszcze wypływają - zaraz ci podam więcej.

Dobrze, zrozumiałem…

Legia, Legia, tu Gujana.

Tak, zgłaszam się.

Słuchaj, czy oni idą z samymi flagami czy transparent też mają?

Flagi - flagi i transparent ale bez napisu. Taki biało-czerwony…

Śliwa, zgłoś się do Bawarii.

Tak, zgłaszam się.

Podchodzą do Świętojańskiej, wiesz, na czele biało-czerwony skrwawiony sztandar.

Na czele jest sztandar biało-czerwony, skrwawiony...

Słuchaj, ta grupa z tym zabitym, proszę ciebie, jest na Świętojańskiej już, na Świętojańskiej. Sztandar niosą zakrwawiony i za nim tego trupa.

NARRATOR: Mężczyźni niosący ciało kroczą środkiem ulicy. Zatrzymują się na wysokości kościoła pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny. Od księdza dostają drewniany krzyż oraz kwiaty, które umieszczają na drzwiach, obok ciała.

KARCZEWSKA: Za mężczyznami niosącymi drzwi z ciałem chłopca, podążały dwie osoby trzymające w dłoniach biało-czerwoną flagę. Bez drzewca. Rozciętą wzdłuż. Na płótnie była ogromna krwawa plama. Nie chciało mi się wierzyć, że to naprawdę krew, więc podeszłam bliżej i się upewniłam… Szliśmy chodnikiem obok gęstniejącego z każdą chwilą pochodu obrzucanego co rusz gazami łzawiącymi z tych helikopterów. Nie mogliśmy już wytrzymać i stanęliśmy w bramie przy Skwerze Kościuszki.

(materiały operacyjne SB)

Śliwa, zgłoś się dla Bawarii. Śliwa!

Tak, zgłasza się Śliwa do Bawarii.

Z tym trupem - z tym trupem, to są - wiesz albo młodzież akademicka albo szkolna.

Dobrze, zrozumiałem.

Zgłoś się, tu Ataman.

Z tym trupem, proszę ciebie, z tym trupem.

Tu Ataman, zgłoś się.

Posądzane jest, że to akademicka albo szkolna.

Kasztan zgłoś się. Tu Gujana.

Ta grupa z tymi flagami i trupem, na czele idzie młodzież. Posądzają, że akademicka albo szkolna i idą dalej w kierunku na Prezydium…

Czoło się zatrzymało, ludzie czapki z głowy - płaczą, płaczą. To nie jest tego tak dużo, nie jest tak dużo na razie…

Śliwa zgłoś się.

Tak, zgłasza się.

Słuchaj, Ataman podawał, że tego co niosą od Gdyni Stoczni, od tego bombardowania co helikoptery zrzucały i Kasztan pyta się, żebyście podali w sprawie tej grupy jakie też środki, jakie środki stosują przeciw - nasi.

Więc podaj - podaj - proszę ciebie Kasztanowi, że właśnie nie stosuje się żadnych środków i jest niebezpieczeństwo - bo ponieważ ludzie się zatrzymują - zdejmują czapki, płaczą i może urosnąć duża grupa.

Zrozumiałem…

Śliwa, zgłoś się.

Zgłaszam się.

Słuchaj, albo jest druga grupa - mała, młodzieżowa, która - proszę ciebie - ma umazany sztandar - wiesz - prawdopodobnie w szmince czy w czymś i napis „krew dzieci”, „krew dzieci”.

Słuchaj Śliwa. Chodzi mi o tę grupę z tym trupem.

Jest pod Prezydium już.

NARRATOR: Pochód nękany jest ostrzałem broni strzeleckiej, petardami oraz granatami z gazem łzawiącym. Dołącza coraz więcej ludzi. Raz po raz rozlega się hymn narodowy, zwrotka Roty. Na czele pojawiają się dwaj kilkunastoletni chłopcy niosący flagę biało-czerwoną. Długą. Zajmującą prawie całą szerokość jezdni. Na białej części nabazgrany krwią koślawy napis „krew naszych dzieci”. Nie wiadomo kto napisał, ani czyją krwią. Znowu sieją popłoch serie z karabinów maszynowych. Mary z ciałem upuszczone, noszowi chronią się pod murami domów, w bramach kamienic, po podwórkach. Jest ich minimum sześciu, może ośmiu. Zmieniają się przy marach spontanicznie. Nie wiedzą kogo niosą. Zdeterminowani myślą jedną - jest nim człowiek zastrzelony w drodze do pracy.

NOSZOWY 1: Jak braliśmy go z przystanku, krew spływała mu z głowy strumieniem. Zgroza. Płaczliwy nie jestem, a łzy ciekły mi jak nigdy.

NOSZOWY 2: Ranny był za uchem. Rana na jakieś pół dłoni. Zapamiętałem, że na nogach miał popularne wtedy pionierki, chyba brązowe.

NOSZOWY 1: Najpierw nieśliśmy go na fladze. Ale skąd się wzięła, to nie wiem. Niosło się nieporęcznie, stąd poszliśmy po drzwi. Flaga została położona trochę na nim, trochę obok ciała. Zakrwawiona okrutnie. Krew skapywała mi z drzwi i jego ciała na twarz. Wycierałem rękawem kurtki.

NARRATOR: Kanonada ustaje. Unoszą ponownie ciało zastrzelonego i dołączają do manifestantów. Przechodzą przed frontonem kamienicy, w której mieszka zawodowy fotograf.

PEPLIŃSKI: Do mieszkania doszedł niecodzienny gwar. Wyjrzałem zza firanki. W górę Świętojańskiej zmierzał pochód. Odruchowo chwyciłem aparat i zrobiłem kilka ujęć. Później, chyba około dziesiątej - następny pochód. Pstrykałem z ukrycia, w tym drzwi z ciałem.

NARRATOR: Pepliński nie wie, że zrobił zdjęcie życia. Uwiecznia na kliszy fotograficznej widok zakazanej manifestacji. Przyczynia się do utrwalenia dramatycznych zdarzeń, przeniesienia ich do historii i legendy. Ale na publikację i sławę poczeka długo. Ponad dziesięć lat.

(materiały operacyjne SB)

Bawaria zgłoś się.

Zgłasza się Bawaria, zgłasza się Bawaria.

Oni są już pod Prezydium, tak?

Słuchaj, w tej chwili - blisko Prezydium - wyrostki same - na noszach tego trupa. Chodzi o to, żeby odebrać, wrażenie robi, wrażenie robi. Zamelduj im, żeby zabrali, bo to można zabrać.

Gujana - słyszałeś?…

Kasztan, tu Gujana. Pod Prezydium nasi z wojskiem atakują, atakują. Petardy i helikopter jest w akcji…

Słuchaj Śliwa. Więc ta grupa, rozumiesz, z tym trupem podeszła i połączyła się tam z tą grupą, która była przy Prezydium i tam jest atakowana w tej chwili gazami z helikopterów. Trudno jest w tej chwili dojrzeć, co się tam dzieje, dlatego, że to wszystko się rozpryskuje.

Słuchaj, ten, ten, co go nieśli, trup, leży na chodniku koło Prezydium.

Dobrze, zrozumiałem. Kasztan, Kasztan, tu Gujana. Pod prezydium opanowana sytuacja. Ten trup, co go nieśli, leży na chodniku…

GÓRECKI: Byłem dowódcą grupy marynarzy w ochronie gmachu rady narodowej. Miałem wiadomość o tłumie idącym od strony Stoczni Komuny Paryskiej w kierunku centrum miasta, więc czekaliśmy… Pochód przyprowadzili mężczyźni z drzwiami, na których leżało ciało człowieka. Jak milicja rozproszyła tłum, drzwi z ciałem porzucili przy aptece, na rogu ulic Świętojańskiej i Czołgistów. W ochranianym budynku mieliśmy punkt ambulatoryjny, więc poleciłem dyżurującemu lekarzowi, by podszedł i ustalił, czy leżący na drzwiach człowiek jeszcze żyje, czy są to zwłoki.

KUNERT: Dotknąłem ręki leżącego. Stwierdziłem, że jest sztywna, jak całe ciało. Nastąpiło już częściowe stężenie pośmiertne… Według mnie, zgon nastąpił co najmniej godzinę wcześniej.

(materiały operacyjne SB)

Kasztan, Kasztan, tu Gujana. Kasztan tu Gujana. Przy prezydium ponownie, ponownie zbiera się, zbiera się. I są rozpraszani przez naszych. Gazem, gazem. I znów się skupiają z powrotem.

Z karabinów maszynowych strzelają.

Lazur, co z tym trupem?

Dobrze, zrozumiałem.

Śliwa zgłoś się.

Tak zgłaszam się.

Dowiedz się, jak tam sytuacja pod prezydium, bo coś mi tu przekazują, że znów jakiś trup, że strzelanina, co tam jest?

Dobra, Lazur, słucham ciebie.

Otrzymałem informację, że z zewnątrz jednego trupa niosą pod prezydium jeszcze raz. Manifestacyjnie. Zrozumiałeś?

SIEMIANOWSKI: Z zebranych materiałów wynika, że w pochodach po gdyńskich ulicach noszono na drzwiach co najmniej dwóch martwych mężczyzn. Wobec gwałtownej szarży milicjantów, jedno ciało porzucono w rejonie apteki, nieopodal budynku ówczesnego Prezydium Miejskiej Rady Narodowej. Są poszlaki wskazujące, że mógł to być Zbigniew Godlewski.

Gujana zgłoś się.

Gujana do Śliwy.

W sprawie tego trupa. Więc ma polecenie Marynarka Wojenna zabrać go i przewieźć do Redłowa.

Dobra, zrozumiałem...

NARRATOR: Do gabinetu kierownika Zakładu Anatomii Patologicznej Szpitala Morskiego, od rana przebija się odgłos wystrzałów.

JASZCZENKO: Po pewnym czasie zaczęto przywozić do nas zwłoki. W sumie znalazło się w mojej pracowni dziewięć zwłok, w tym młodego człowieka noszonego przez demonstrantów na drzwiach. Nazywał się Godlewski i miał rozległe uszkodzenia twarzy. Razem z nim przywieziono, o ile dobrze pamiętam, okryty szarfą z czarnej krepy drewniany krzyż. Nazajutrz przybył prokurator i zlecił nam wykonanie sekcji zwłok wszystkich zabitych w Gdyni osób. Sekcjonowały cztery osoby.

Godlewski miał przestrzał głowy oraz klatki piersiowej, połączony ze zgruchotaniem czaszki po stronie lewej, rozdarcia opony twardej, zmiażdżenia tkanki mózgowej płata skroniowego lewego oraz wyrostków ościstych kręgów piersiowych - jedenastego, dwunastego oraz pierwszego lędźwiowego, stłuczenia dolnych płatów obu płuc oraz rozdarcia nerki lewej. Śmierć nastąpiła wskutek opisanych obrażeń, które powstały od postrzałów z broni palnej. Jeden strzał trafił w klatkę piersiową od strony lewej ku prawej, nieco od dołu ku górze. Drugi pocisk ranił chłopca w głowę, ściślej - w okolicę ust, od strony prawej ku lewej.

NARRATOR: Czy śmierć tego akurat osiemnastolatka zainspirowała autora ballady? Dlaczego zmienił nazwisko Godlewskiego na Wiśniewski i imię Zbigniew na Jan? Latami nikt nie wie, albo nie chce powiedzieć, kto jest autorem tekstu. Wątpliwości dotyczące personaliów chłopca niesionego na drzwiach mogliby wyjaśnić rodzice, ale ich adres obejmowała klauzula tajności. Także ze względu na rodzaj zatrudnienia ojca chłopca i związane z tym miejsce zamieszkania. Klauzulę zdjął dopiero Sierpień 1980 roku.

(pierwsza zwrotka Piosenki dla córki)

Nie mam teraz czasu dla ciebie/ Nie widziała cię długo matka/ Jeszcze trochę poczekaj, dorośnij/ Opowiemy ci o tych wypadkach…

NARRATOR: Elbląg. Wojskowe szare bloki. Mieszkanie urządzone skromnie. Schludne. Na ścianie pokoju pamiątki z kilku rocznic Grudnia’70. Gospodarze poważni, przygaszeni, smutni, ale życzliwi i gościnni. Eugeniusz Godlewski jest absolwentem Oficerskiej Szkoły Wojsk Pancernych w Poznaniu. Służył w elbląskim 1 pułku czołgów. Od 1970 roku na emeryturze, ze względu na zły stan zdrowia. Kapitan w stanie spoczynku. Żona, Izabela, z domu Budzyńska, na kolanach trzyma słynne zdjęcie w obramowaniu.

GODLEWSKA: W czerwcu 1970 roku, Zbyszek skończył szkołę zawodową. 3 sierpnia miał osiemnaste urodziny. Ze względu na wiek przedpoborowy, nie mógł dostać pracy. Dopiero w listopadzie zatrudnił się w gdyńskim porcie. Nie napracował się dzieciak…

(łkanie)

Zamieszkał z kolegą na stancji. Na początku grudnia zaziębił się, więc na zwolnieniu lekarskim przyjechał do domu. Jakby na pożegnanie, bo nie zobaczyliśmy go już żywego…

NARRATOR: 18 grudnia, Godlewscy dostają od kolegi syna telegram – „Zbyszek nie żyje – Kazik”.

GODLEWSKI: Chciałem, żeby to była pomyłka, ale niestety… Nazajutrz pojechaliśmy do Gdyni szukać syna… Dyrektor szpitala na Placu Kaszubskim przegląda karty zabitych i rannych, ale nie znajduje naszego chłopca. Telefonuje do Redłowa i - oddychamy z ulgą - Zbyszek jest u nich. Pędzimy a tam niemiła rozmowa z ubranym w biały kitel ubekiem.

TAJNIAK: W jakiej sprawie?

GODLEWSKI: Dostaliśmy telegram o śmierci syna. O, tu, proszę spojrzeć… Przyjechaliśmy z Elbląga, żeby go zabrać.

TAJNIAK: Zabrać? Hm… No, wiemy o Godlewskim, wiemy. Nieboszczyk ten wasz syn, a, widzicie, uciążliwy. Rozpoznany wśród buntowników szkalujących władzę. Sprawa jest w trakcie badania i nie ma wytycznych do wydania ciała.

GODLEWSKI: Jak to?! Przyjechaliśmy… Ja żądam wydania syna!

TAJNIAK: Hola! Hola! Tylko grzecznie! Nie podnosić mi tu głosu! Bez upoważnienia prokuratury nie możecie go nawet obejrzeć! To wszystko co mam do powiedzenia.

(odsuwane krzesło, zamykane drzwi; muzyka, podniesione głosy)

PROKURATOR: Cisza! Proszę o spokój i bez paniki, proszę państwa. Najpierw załatwiamy rodziny zabitych… Państwo Godlewscy? Wiem, już miałem telefon w waszej sprawie. Proszę za mną.

(zamknięcie drzwi)

PROKURATOR: Słucham. W czym mogę pomóc?

GODLEWSKI: Chcemy zobaczyć naszego syna.

PROKURATOR: Zaraz, zaraz… Jest przecież sobota. No nie. Wykluczone. Po niedzieli – ewentualnie – no, zobaczymy co się da zrobić.

(rozpaczliwy szloch matki i tonacja prosząca)

GODLEWSKA: Przyjechaliśmy specjalnie szmat drogi… Pan nie rozumie - jesteśmy rodzicami zabitego dziecka?

PROKURATOR: Rozumiem, ale nie ma wytycznych co do ciała syna. Ja tu jestem pionek, nic nie poradzę. Decyzje zapadają nie przy moim biurku, a nawet nie w tym budynku. Decyduje Warszawa. Zezwolenie będzie najwcześniej w poniedziałek.

(rumor gąsienic czołgów i nakładający się głos Gierka)

…zaszły wydarzenia, które głęboko wstrząsnęły całym społeczeństwem… Zginęli ludzie. Wszyscy przeżywamy tę tragedię…

(dźwięk dzwonka u drzwi)

TAJNIAK: Godlewscy? Dobry wieczór, my z województwa. Oto legitymacja służbowa… Czy syn, Zbigniew, jest w domu?

GODLEWSKI: Nie, nie ma go. Jest w Gdyni. A o co panom chodzi?

TAJNIAK: No, my z powodu jego nieobecności właśnie… Mamy polecenie zabrania was na pogrzeb syna…

GODLEWSKI: Nie trzeba. Urządzimy mu pogrzeb sami!

TAJNIAK: Trzeba, trzeba! Decyzją władz, wasz syn zostanie pochowany na koszt państwa polskiego…

GODLEWSKI: Co to za maskarada?!

TAJNIAK: O, proszę, tu jest dokument…

GODLEWSKI: Zabieraj pan to! Urządzimy mu pogrzeb sami!

TAJNIAK: Niech pan będzie poważny, jako ojciec… Nie macie ciała, nie? No tak jak chce pan urządzić pogrzeb? Bez trupa, że zapytam wprost?... A my wiemy gdzie trup aktualnie przebywa. Więc jesteśmy wam potrzebni do przeprowadzenia pogrzebu, tak, czy nie?… Ceremonia jeszcze dziś, przed północą. W Gdańsku.

GODLEWSKI: Co?! To z Elbląga sto kilometrów! Pogrzeb w nocy?!

TAJNIAK: Dość! Chcieliśmy po dobremu, ale widzę, że nie można! Nie opierać się! Nie utrudniać! Zrozum człowieku! Jest decyzja władz do wykonania! Pan wojskowy, to chyba wie o czym mówię… Proszę więc nie dyskutować, tylko się zbierać. Macie dwadzieścia minut, no - niech będzie - pół godziny.

GODLEWSKA: Jezus Maryja, co pan mówi?! Po co ten pośpiech, panowie?! Nie zawiadomiliśmy rodziny...

TAJNIAK: To akurat może i dobrze. Bo – widzicie, byłbym z tych nerwów zapomniał! Zarządzeniem władz w pogrzebie może wziąć udział góra pięć osób. Rodzice najważniejsi rzecz jasna, ewentualnie ktoś jeszcze. Ale, powtarzam – do pięciu osób… Żeby nie przeszkadzać w przygotowaniach, zaczekam w aucie. Pośpieszcie się, bo na noc idzie tęgi mróz.

(zawodzenie matki; muzyka; trzaśnięcie drzwiami auta, terkot silnika)

GODLEWSKI: Na jakim cmentarzu ten pogrzeb?

TAJNIAK: Zajedziemy, to zobaczycie.

GODLEWSKI: Tak ciężko panu powiedzieć? Po co te tajemnice?

TAJNIAK: Co pan się gorączkujesz znowu?! Trupowi to chyba obojętne gdzie ma swój dół, nie?

GODLEWSKI: Chamie ty jeden!...

TAJNIAK: No, no, towarzyszu kapitanie! Tylko nie chamie! I bez tykania, bo brudzia nie piliśmy, chyba że przepijemy na stypie… Masz pan przed sobą oficera, więc z szacunkiem proszę i nie krzyczeć mi tu!

NARRATOR: Auto przejeżdża uliczką opodal katedry oliwskiej i zatrzymuje się przy bramie cmentarza, skrytego jakby w jej cieniu. Brakuje kilkadziesiąt minut do północy.

TAJNIAK: Nikt nie wysiada bez pozwolenia. Czekać na zawołanie. Żadnego głośnego zawodzenia, ani śpiewów czy modlitw. Ma być cicho, żeby nie zakłócać nikomu ciszy nocnej.

GODLEWSKI: O jakiej ciszy pan mówi, przecież tu cmentarz.

TAJNIAK: Nie wymądrzać się, panie kapitanie! Nie wymądrzać! Ma być jak powiedziałem. Kto zachowa się wbrew instrukcji, zostanie wydalony z cmentarza.

(mroźny wiatr; chrzęst butów na zmrożonym śniegu)

NARRATOR: Pomiędzy wiekowymi drzewami i grobami krążą tajemnicze postaci. Aleję przemierza grupka osób z poprzedniego tajnego pogrzebu. Trzeciego tej nocy na cmentarzu w Gdańsku Oliwie. O! Ktoś podchodzi do auta.

TAJNIAK: Podać garderobę zmarłego!

GODLEWSKA: Boże! Gieniu! Nie zabraliśmy pantofli wyjściowych Zbyszka!

(szloch)

TAJNIAK: Nie marudzić! Po co trupowi w grobie lakierki! Na bal już nie pójdzie, nie?! Ale garniturek widzę dość porządny… Żeby chłopak sobie nie nabruździł, to i do ślubu by się nadał, co nie?...

GODLEWSKI: Jak pan nie skończysz, to nie odpowiadam za siebie!

TAJNIAK: Spokojnie, towarzyszu kapitanie!

(trzask drzwi auta)

GODLEWSKI: Nie martw się Iza. W chwili śmierci Zbyszek musiał mieć na nogach jakieś buty. Niedawno kupiliśmy mu przecież na zimę pionierki. Może będą w kostnicy…

(walnięcie dłonią w blachę auta)

TAJNIAK: Wystąp! Za mną, do kostnicy, marsz! Trup czeka przygotowany do pochowania. Nie patrzeć za dużo, bo noc mroźna, a jemu patrzenie na nic.

GODLEWSKI: Syn miał głowę zabandażowaną, twarz zmasakrowaną, szok nie do opisania... No, ale poczuliśmy ulgę, bo znalazły się pionierki…

(muzyka; głos księdza klepiącego exequiae – na wyprowadzenie)

KSIĄDZ: …i niech mu ziemia lekką będzie.

(odgłos grud ziemi uderzających o trumnę)

GODLEWSKI: Oddajcie ubranie syna, w którym został zastrzelony.

TAJNIAK: A na co to panu? Wszystko jest zabrudzone, uwalane krwią. Pan nie będzie miał pożytku z tych rzeczy.

GODLEWSKI: Nie pański interes, co ja będę miał z tych rzeczy. Mam życzenie mieć ubranie mojego zabitego syna, pan rozumie?!

TAJNIAK: Nie nerwowo, nie nerwowo… Proszę bardzo, ciuchy są w worku foliowym.

(szelest folii; muzyka)

GODLEWSKI: Wróciliśmy z pogrzebu po drugiej w nocy. Żona i syn poszli spać, a ja napaliłem w piecu i w kuchni zabrałem się za dokładne oględziny garderoby Zbyszka. Trzy otwory po pociskach w spodniach i koszuli, na wysokości brzucha. Jeden otwór wyżej, na wysokości piersi. Jaruzelski wmawia ludziom, że wojsko nie strzelało wprost do ludzi… Ale mojego syna nie trafiły rykoszety, lecz strzały bezpośrednie. Nie mógł przeżyć tych postrzałów. Nie owijajmy w bawełnę… Oni mi rozstrzelali syna, który przyjechał kolejką elektryczną do pracy na wezwanie wiceprezesa Rady Ministrów!

(przerywnik muzyczny)

NARRATOR: Wiersz dociera do rąk muzyka-amatora Mieczysława Cholewy. Komponuje akompaniament gitarowy i wykonuje utwór niezliczoną ilość razy w karnawale Solidarności. Stan wojenny powstrzymuje nieco rozwój jego popularności, ale nie zatrzymuje całkowicie. Cholewa śpiewa w kościołach, a nagrania magnetofonowe kolportują edytorzy tak zwanego drugiego obiegu. Jednak tekst wiersza, który stał się pieśnią, uznawano prawie dwadzieścia lat za anonimowy. Intrygujące, że autor słów nie upominał się o tantiemy z głównie nielegalnego, podziemnego, ale jednak kolportażu dzieła. Obojętny na należną sławę. Słowem - nietypowy. Dopiero u schyłku dekady pojawia się wieść, że autorem metaforycznej ballady jest Krzysztof Dowgiałło, mieszkający w Sopocie architekt. Ale zapytany w programie telewizyjnym o przypisywane mu autorstwo, odpowiada w sposób enigmatyczny:

DOWGIAŁŁO: Co ma być anonimowe, niech będzie anonimowe.

NARRATOR: Domniemany autor pochodzi z rodziny ziemiańskiej. Urodzony w Nowomalinie, na Wołyniu. Ojciec, Karol, figuruje na ukraińskiej części listy katyńskiej. Działacz NSZZ SOLIDARNOŚĆ, więziony w latach 1981-83 oraz w 1985 roku. Poseł na Sejm X kadencji. W latach 1989-93 wiceprzewodniczący Światowej Organizacji Pracy. W 1970 roku ma trzydzieści dwa lata i pracuje w Miastoprojekcie.

DOWGIAŁŁO: 17 grudnia miałem wolne i wczesnym przedpołudniem wybrałem się do Gdyni, bo rodzina niepokoiła się o kuzynkę, pracującą w Oddziale Morskim Miastoprojektu. Kolejka elektryczna dojechała tylko do przystanku Wzgórze Nowotki. Już z daleka dochodziły odgłosy strzelaniny. W centrum natknąłem się na pochód. Dołączyłem. W szpicy mężczyźni niosący ciało na drzwiach, których poprzedzali chłopcy z zakrwawioną flagą narodową. Wkrótce rozgorzała prawdziwa bitwa z oddziałami milicji i zomowców. Oni atakowali pałkami i gazem, a my rzucaliśmy kamieniami. Pochód rozbiły serie z karabinów maszynowych.

(muzyka)

DOWGIAŁŁO: Każdy uciekał przed karabinierami na własną rękę. Chaotycznie. W strachu przed kulami. Szczęśliwie przedostałem się w okolice kościoła O.O. Franciszkanów na Wzgórzu Nowotki a stamtąd do Miastoprojektu, na Skwerze Kościuszki. Dzięki odwadze wiozącego butle z gazem kierowcy, przedostaliśmy się z kuzynką do Gdańska Wrzeszcza, gdzie z kolegą wynajmowałem pokój u pana dosyć zaangażowanego partyjnie. Po pierwszych strajkach wydzwaniał do komitetu dzielnicowego z jednym tylko pytaniem: - Będę potrzebny?

Wieczorem byłem sam w pokoju. Wyluzowałem napięcie mijającego dnia, siadłem do pisania… Pomyślałem ten wiersz, jako przeciwwagę, pewnego rodzaju oręż wobec władzy preferującej dialog z narodem za pomocą czołgów i karabinów maszynowych… Nazajutrz, sekretarka kierownika pracowni w Mistoprojekcie przepisała tekst na maszynie. Odbitki, jak pamiętam, sporządziła na niebieskiej kalce, które rozdałem współpracownikom… W marcu 1981 roku dostałem ulotkę ze słynną fotografią pana Peplińskiego i – obok – moim wierszem. Nieco później usłyszałem wykonanie estradowe, więc po występie podszedłem do wykonawcy i powiedziałem, że to ja napisałem tekst… Długi czas nie wracałem do tego, bo zaprzątały mnie inne sprawy. Praca zawodowa, działalność związkowa, internowanie, aż zobaczyłem film Człowiek z żelaza

(muzyka)

NARRATOR: Ostatnią scenę dramatyzuje przejmujące wykonanie Ballady o Janku Wiśniewskim, odbiegające jednak od tekstu oryginalnego.

DOWGIAŁŁO: Reżyser popełnił absurd. Aktorka śpiewa bowiem o sztandarze z czerwoną kokardą, podczas gdy chorągwie na dźwigach stoczniowych ozdabiały – oczywiście! - czarne kokardy. Passus - krwi się zachciało słupskim bandytom, reżyser przerobił na bardziej estetycznie i poprawniej politycznie brzmiący - krew się polała grudniowym świtem... Zrozumiałe chyba, że poczułem pewien dyskomfort…

NARRATOR: W napisach końcowych filmu jest nazwisko twórcy muzyki, a zarazem pierwszego publicznego wykonawcy i głównego popularyzatora piosenki, ale brak autora słów… Abstrahując od powyższych niuansów, filmowa interpretacja Krystyny Jandy przyczynia się w sposób niewątpliwy do popularyzacji utworu. Ballada o Janku Wiśniewskim zyskuje w ponurych dniach stanu wojennego rangę patetycznej pieśni nadziei. Ale oto jedenaście lat po Wajdzie sięga po utwór Władysław Pasikowski. W filmie Psy, pijani oficerowie bezpieki śpiewają balladę wynosząc na ramionach swojego bardziej zmożonego alkoholem kolegę. Reżyser, odmiennie od starszego poprzednika, dokonał oczywistej profanacji utworu. Za zgodą autora oryginału?

DOWGIAŁŁO: Skąd! Nikt mnie nawet nie zapytał.

NARRATOR: Państwo Godlewscy dostają gęsiej skórki na wspomnienie Psów i nie potrafią ukryć zdenerwowania:

GODLEWSKA: Jak nie wierzyć, że są hieny w ludzkiej postaci?! Niedługo minie czterdzieści lat od zastrzelenia naszego syna. W tym czasie od nikogo nie zaznaliśmy większej krzywdy… Jak można było posunąć się do tak okrutnego szyderstwa?!

(muzyka)

GODLEWSKI: My o istnieniu słynnej fotografii nie mieliśmy pojęcia aż do wystawy zorganizowanej przez gdańską Solidarność w 1981 roku.

GODLEWSKA: Rozpoznanie naszego Zbyszka na zdjęciu pana Edmunda Peplińskiego poruszyło nas ogromnie. Ja mało zawału nie dostałam… Nie zmylił nas podpis, z którego wynikało, że na drzwiach jest Janek Wiśniewski. Gdy ochłonęliśmy po pierwszym wrażeniu, mąż podszedł do kuratora wystawy.

GODLEWSKI: Proszę pana, bardzo przepraszam, ale zauważyłem niedokładność w podpisie jednego zdjęcia tej pięknej skądinąd ekspozycji.

NARRATOOR: Pan się myli. To nie jest żaden Godlewski, tylko Wiśniewski Janek. Ten z ballady, nie słyszał pan?

GODLEWSKI: Słyszałem… Ale, widzi pan, na zdjęciu jest mój zastrzelony w Gdyni syn, Zbyszek. Niech pan popatrzy na obuwie. Na stopach ma zuchy, znaczy pionierki. Kupiliśmy mu brązowe jakiś miesiąc przed śmiercią… W tych samych go zresztą pochowaliśmy…

NARRATOR: Znana sala BHP Stoczni Gdańskiej. Spotkanie rodzin ofiar Grudnia. Dochodzi do dramatycznej, publicznej weryfikacji postaci z historycznego zdjęcia.

GODLEWSKI: Przepraszam najmocniej. Czy ktoś z państwa rozpoznaje na fotografii drzwi z ciałem kogoś bliskiego?

NARRATOR: Cisza, jaka zaległa w historycznym pomieszczeniu oznacza dla Godlewskich jedno. Potwierdzenie głębokiego przekonania, że na sfotografowanych drzwiach jest ich syn. Atutem są lekarskie protokoły oględzin ciała i sekcji zwłok, prokuratorska notatka ze stycznia 1971 roku…

Demonstranci nieśli z okolicy stoczni zwłoki młodego mężczyzny, który na skutek postrzału w głowę miał rozerwaną lewą skroń, z wyrwaniem małżowiny usznej i widocznym uszkodzonym mózgiem. W drodze położyli zwłoki na drzwi i na nich je nieśli, a następnie z kościoła przy ulicy Świętojańskiej (w okolicy Zygmuntowskiej) zabrali krzyż i przybili go do tych drzwi, tudzież z tego kościoła zabrali kwiaty i położyli na zwłoki. Przed budynkiem Prezydium Miejskiej Rady Narodowej nastąpiły starcia z oddziałami porządkowymi, w trakcie których porzucono zwłoki. Według ich określenia były to zwłoki Zbigniewa Godlewskiego.

(muzyka; szelest foliowanych kartek starego albumu ze zdjęciami)

GODLEWSKA: O, to zdjęcie zrobione pół roku przed jego śmiercią. Zbyszek stoi obok mojej siostry, czyli swojej cioci. Ma ciemne włosy, jak u nas wszyscy, nawet wnuki. Ja rozumiem, że obcy mogą mieć wątpliwości, ale dlaczego nie zapytają matki? Matka rozpozna swoje dziecko najlepiej i raczej się nie pomyli, prawda?

GODLEWSKI: Wątpliwości rozsiewają niefrasobliwi dziennikarze. Jeden napisał, że syn miał na sobie jasną marynarkę, a już inni za nim powielają bez sprawdzania. A 17 stycznia było w Gdyni kilkanaście stopni mrozu i chyba nikt nie szedł do pracy w marynarce. Na marginesie mówiąc - syn nie miał w ogóle jasnej marynarki! Wyszedł o świcie ze stancji ubrany w ciemnobrązowy skafander. Ten sam, co oddali mi w kostnicy po pogrzebie. Z dziurami od kul, które zakończyły życie syna.

GODLEWSKA: Rodziców dziecka nie pyta nikt o zdanie, ale do zadawania bólu jest chętnych wielu.

(przerywnik muzyczny)

NARRATOR: Godlewskich szokuje wiadomość o dyscyplinarnym wyrzuceniu z pracy ukochanego syna. To, niestety, prawda. Odpowiedni wniosek do kadr skierowano tydzień po śmierci „chłopca z ballady”. Sztauera Godlewskiego wyrzucono za nieobecność w porcie od 17 grudnia 1970 roku.

(przerywnik muzyczny)

MIOTKE: Rozchodziły się słuchy, że będą rozbierać nasze baraki. I mnie nie dawała spokoju myśl o drzwiach z toalety. Bo one wróciły do nas zaraz po tych wypadkach. Okrwawione, z włosami tego chłopca, brr… Ile ja się przy nich wypłakałam… W każdą rocznicę Grudnia, to już obowiązkowo… No więc nie chciałam, żeby te drzwi się zmarnowały i powiadomiłam o sytuacji „Solidarność” gdyńskiej stoczni. Przed zdaniem mieszkania kolejowego, przyjechał przewodniczący i drzwi zabrał. Żebym nie miała jakichś kłopotów z administracją, pozostawił pokwitowanie odbioru. O, tu jest - pieczątka, podpis Śniadek.

NARRATOR: Po konserwacji w gdańskim Muzeum Morskim, drzwi przeniesiono procesyjnie do kaplicy stoczniowej w kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa w Gdyni. Proboszczem był wtedy słynny nie tylko na Wybrzeżu kapelan robotników - ksiądz Hilary Jastak.

GODLEWSKA: Jesteśmy dozgonnie wdzięczni księdzu proboszczowi za umieszczenie na drzwiach fotografii syna. W ten sposób pamięć o Zbyszku i innych ofiarach Grudnia przekazywana jest następnym pokoleniom. My, matki, wierzymy, że nasi synowie nie zginęli daremnie.

(przerywnik muzyczny)

NARRATOR: W kaplicy stoczniowców jest także flaga narodowa, na której najpierw ułożono ciało „chłopca z ballady”. Wdeptaną w śnieg, podnosi i przechowuje kilka lat Genowefa Lemańczyk. Staraniem księdza Jastaka, flaga trafia do kierowniczki pracowni tkanin na Wawelu.

TUMIDAJSKA: Ja pamiętam obrazami… Dziadek, Leon Ricci, rodowity Włoch z Triestu, był starostą powiatu starosamborskiego. Ojciec, Adam, starosta w Aleksandrowie Kujawskim, potem w Gorlicach. W 1939 roku przeżyłam wywózki sowieckie we Lwowie. Z mojej klasy w Gimnazjum Sióstr Sacre Coeur zniknęło z dnia na dzień kilka koleżanek… I teraz ja dostaję w pierwszych dniach stanu wojennego potajemną przesyłkę. Z Gdyni. I konspiracyjną misję do wykonania. Jeszcze dziś czuję jak ręce mi się trzęsły po wyjęciu z pudła kawałka zmiętego płótna, zlepionego błotem i krwią. Myślałam, że zemdleję, gdy okazało się, że to flaga narodowa, zbroczona krwią chłopca z tej słynnej ballady…

NARRATOR: Zachowała się bezcenna dokumentacja konserwatorska. Płótno o wymiarach 177 na 99 cm. Zniszczone, zbutwiałe, pokryte brudem, sklejone błotem. Posiada duże ubytki. Brak jednego narożnika białego i jednego czerwonego. Niewłaściwie przechowywana chorągiew była prawdopodobnie wilgotna, stąd ślady pleśni, co spowodowało duże zmiany włókna, pękanie i łamanie przędzy.

TUMIDAJSKA: Okazało się wykluczone zastosowanie tradycyjnej techniki dublowania igłą… Posłużyłam się techniką klejenia na batystowym podkładzie. Prawdę mówiąc – nigdy przedtem nie konserwowaliśmy w ten sposób tkanin. Na decyzji wyboru takiej techniki konserwatorskiej zaważył fakt, ze chorągiew nie posiadała przecież wartości artystycznej, lecz jest dokumentem historycznym. Zatem konserwację należało przeprowadzić w taki sposób, aby tkanina nie straciła charakteru zniszczeń i zabrudzeń. Po zakończeniu prac, spotkałam się w umówionym miejscu z pewnym mężczyzną, któremu oddałam flagę. Wciąż trwał stan wojenny, więc nie przedstawił się, a ja nie byłam ciekawa kim on był.

NARRATOR: W drugą rocznicę podpisania Porozumień Sierpniowych, drzwi i flagę poświęca biskup Marian Przykucki, Ordynariusz Pelpliński. Dla wielu wiernych, to nieprzemijający symbol walki, a zarazem wielkiej rozpaczy w marszu do wolności. Relikwie zajmują w kościele miejsce szczególne i stanowią jego nieodzowny element.

Wiosną 1971 roku, Godlewscy dostają zgodę na ekshumację syna do Elbląga. Termin ekshumacji wyznaczono na godzinę szóstą rano. Przebieg ponownego złożenia do grobu „chłopca z ballady” nadzorują funkcjonariusze operacyjni wojewódzkiej służby bezpieczeństwa.

GODLEWSKI: Wyprowadzali mnie z równowagi, bo widziałem jak krążą pobliskimi alejkami i obserwują. Nie wiem, czego się spodziewali. Znowu dostaliśmy ostrzeżenie przed przemowami nad grobem. Zmilczałem, dla świętego spokoju.

(przerywnik muzyczny)

GODLEWSKI: Słowem „przebaczenie” najczęściej świechtają mądrale, których nie dotknęła osobiście żadna tragedia… Dlaczego mamy przebaczyć? No a przede wszystkim, jak przebaczyć, gdy nie ma winnych? Jaruzelski mówi o pijanych kryminalistach, Kociołek o chuliganach, przestępcach niszczących mienie… Nasz syn nie był ani przestępcą, ani chuliganem, tylko szedł do pracy na wezwanie wicepremiera rządu Polski Ludowej! Jaruzelski sobie z nas kpi. Najpierw kilka lat kręcił, że nie miał na nic wpływu, bo Gomułka rzekomo trzymał go na muszce. Teraz w sądzie odwraca kota ogonem i zwala wszystko na nieżyjących kolegów. Ja, jako stary oficer wojska, mam do niego tylko jedno pytanie. Jak te dywizje wyszły z koszar bez zgody ministra obrony?... Gdyby wojsko nie strzelało, to mój syn by żył. A generał nawet nas nie przeprosił. Więc co - może mam podać jeszcze rękę Jaruzelskiemu i dziękować, że mi zabił syna?… Zbrodnia położyła się cieniem na całe nasze życie, więc niech nikt nie przebacza w naszym imieniu.

NARRATOR: 20 grudnia 1970 roku. Rodziny opłakują swoje pozabijane przez wojsko i milicję dzieci. Niedzielna msza święta w kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa w Gdyni w intencji pomordowanych, rannych i uwięzionych… Homilię kapłan rozpoczyna słowami chorału Kornela Ujejskiego:

Z dymem pożarów, z kurzem krwi bratniej/ Do Ciebie, Panie, bije ten głos,/ Skarga to straszna, jęk to ostatni,/Od takich modłów bieleje włos.

(Tyłówka – zapowiedź końcowa na wyciszonym tle muzycznym).