nazwa.jpg, 14 kB

KSIĄDZ JERZY NIE BYŁ OSTATNI

 

Współcześni siewcy nienawiści wzywają do "uciszenia" Kościoła, biskupów i księży. Ktoś chyba odpowiada za zamącenie umysłowe młodej tłuszczy profanującej krzyż na Krakowskim Przedmieściu z okrzykiem: "Piotrowski na prezydenta". Młodzi nie wiedzą, kim był kapitan Grzegorz Piotrowski? Nie mają wiedzy o działalności organizacji, w której pracował? Nie sądzę. Znamienne jest milczenie mediów, autorytetów i analityków sceny politycznej.

"Powstała nielegalna, sprzeczna z prawem PRL i prawem kanonicznym kontrrewolucyjna organizacja duchownych i świeckich o ogólnokrajowym zasięgu. Wystąpienia publiczne należących do [niej] osób podważają zasady ustrojowe PRL, burzą atmosferę ładu i porządku, powodują niepokój, częstokroć są nawoływaniem do czynnego lub biernego oporu wobec władz...".

To rewelacje anonimowych autorów "Pro memoria" Urzędu ds. Wyznań skierowanego do Sekretariatu Episkopatu Polski 17 września 1984 roku. Matecznikiem, a zarazem bazą główną organizacji ma być kościół św. Stanisława Kostki w Warszawie. Zaś na przywódcę kontrrewolucjonistów w sutannach władza desygnuje rezydenta parafii - ks. Jerzego Popiełuszkę. Urzędem ds. Wyznań kieruje podówczas jeden z frontowych oficerów armii antyklerykałów reżimu prof. Adam Łopatka. Pisemnie poucza i przestrzega Episkopat, że "tolerowanie i osłanianie kontrrewolucyjnej organizacji księży zmusi władze do podjęcia stosownych działań wobec osób do niej należących, a zwłaszcza wobec jej przywódców".

Stosownych działań, czyli jakich?

W 1984 r. nikt publicznie nie zadaje tego pytania, bo zadać nie może. Niemniej treścią i tonem cytowanego dokumentu Adam Łopatka dołącza do janczarów spirali nienawiści przeciwko Kościołowi i kapłanom katolickim junty Wojciecha Jaruzelskiego. Spirali nienawiści nie pierwszej ani nie ostatniej w Polsce.

Odpowiedź na denuncjację Łopatki nadchodzi ponad miesiąc później. Ideologiczną desygnację fanatycznego antyklerykała na ministerialnej posadzie funkcjonariusze aparatu represji traktują nie jako sterylny wytwór imaginacji, ale dosłowną zachętę do czynu. Oficerowie IV Departamentu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych PRL podejmują inicjatywę zlikwidowania "problemu" przywódcy kontrrewolucjonistów w sutannach. Dla urzędników państwowych nie jest to trudne. W praktyce doprowadzają jedynie do końca kilkumiesięczną tajną operację pod kryptonimem "Popiel". Finałem jest zbrodnia państwowa, czyli uprowadzenie i bestialskie zamordowanie ks. Jerzego Popiełuszki, dziś błogosławionego.
Mocodawcy bezpośrednich wykonawców zbrodni nie zatrzymują nakręconej spirali nienawiści. Imaginacje Łopatki o wykryciu całkiem wirtualnej kontrrewolucyjnej organizacji księży i jej rzekomym przywódcy transponowane są do opinii publicznej w niezwykłym, a zarazem nieoczekiwanym entourage. Powracają na sali rozpraw w tzw. procesie toruńskim!

Formę dyskredytującego ofiarę zbrodni oskarżenia nadaje postać nietuzinkowa. Orację mających charakter linczu pomówień pod adresem ofiary wygłasza oskarżyciel publiczny - prokurator Leszek Pietrasiński, zatrudniony w Prokuraturze Generalnej PRL. Zatem funkcjonariusz (co by nie powiedzieć) aparatu ścigania desygnowany z natury rzeczy do pilnowania na rozprawie interesu ofiary zbrodni, w tym przypadku księdza Jerzego.

Trudno zakładać niepoczytalność profesora Łopatki czy prokuratora Pietrasińskiego. Skoro tak, to i trudno przyjąć, że nie postępują z rozmysłem, wyłącznie w interesie reżimu i własnym. Ludzie rozumni wiedzą, że oskarżenie jest absurdalnie nonsensowne. Faktycznie nie ma żadnej organizacji księży kontrrewolucjonistów, więc i nikt nie mógł jej "wykryć". Prawda natomiast wydaje się banalna. Ponieważ to akurat duchowni skupiają wokół siebie rosnące rzesze ludzi mających dość komunistycznych władz, sztab partyjnych antyklerykałów zleca MSW przygotowanie tajnej operacji mającej na celu wykreowanie fikcyjnej organizacji księży kontrrewolucjonistów i jej przywódców.

Napięty plan Kiszczaka

Obnażenie na przełomie lat 1984/1985 metod postępowania policji politycznej reżimu komunistycznego w Polsce szokuje także światową opinię publiczną. Negliżuje i kompromituje system, w którego pragmatyce mieściły się zbrodnie państwowe, bo przecież mordercami księdza są - przypominam - urzędnicy państwowi.

Po procesie toruńskim nic w Polsce Ludowej nie jest już takie samo. Wydobycie na światło nawet okrojonych imponderabiliów operacyjnych bezpieki rozpoczyna innego rodzaju proces. Zbrodnia oficerów MSW na księdzu Jerzym staje się swoistym zaczynem, początkiem końca reżimu. Jeśli przyjmujemy tę hipotezę za uprawnioną, nasuwają się pytania o wpływ procesu toruńskiego i wyroku sądu na pragmatykę władzy.

Tuż po uprawomocnieniu wyroku toruńskiego sądu Episkopat Polski w specjalnym oświadczeniu domaga się "likwidacji w strukturze Służby Bezpieczeństwa osobnego pionu utworzonego dla inwigilacji Kościoła oraz wydania stanowczego zakazu stosowania przez organy państwowe i ich funkcjonariuszy bezprawnych metod ujawnionych na procesie".

Postulat Episkopatu nie zostaje uwzględniony. Szef MSW nie kwapi się do rozwiązania departamentu wyznaniowego, zwanego księżowskim. Nie wydaje też rozkazu zakazującego bezprawnego inwigilowania, więzienia, napadania i uprowadzania przeciwników politycznych, do jakich przywódcy PRL zaliczają w pierwszym rzędzie także kapłanów katolickich.

Co powstrzymuje gen. Czesława Kiszczaka przed likwidacją departamentu zbrodni? Brak przyzwolenia politycznego? Niewykluczone, że powód ministerialnego zaniechania jest całkiem pragmatyczny. Przecież pozostają wówczas wciąż przy życiu inni - jak mawiano w kręgach decydentów - wrogowie socjalizmu w sutannach, czyli księża jakoby groźni dla porządku prawnego socjalistycznego państwa.

Generał Kiszczak ma napięty plan dnia. Przed południem ściska dłonie i obdarowuje zawodowym uśmieszkiem biskupów. Po obiedzie czyta stenogramy z podsłuchów w biurach i prywatnych mieszkaniach członków Episkopatu Polski. Natomiast po podwieczorku wydaje kolejne polecenia infiltrowania dostojników Kościoła katolickiego, kompromitowania ich i podejmowania przedsięwzięć utrudniających funkcjonowanie instytucji kościelnych. Za kadencji Kiszczaka w MSW funkcjonariusze resortu organizują napady i pobicia księży w skali przedtem nienotowanej.
Podwładni najdłużej w historii PRL panującego szefa bezpieki prowadzą bezprawne operacje przeciwko kapłanom katolickim. Z reguły dyskretnie jak sam szef wyuczony w szkole stalinowskiej zbrodniczej Informacji Wojskowej. Bez pozostawiania śladów mogących mieć ewentualne znaczenie dowodowe.

Fundament systemu dezinformacji misternie wznoszą funkcjonariusze Departamentu IV MSW. Zaś następne kondygnacje to dzieło wyznaczonych agend podległych najważniejszym osobom w państwie. W sektorze usług propagandowych reżim Jaruzelskiego podnajmuje Jerzego Urbana. Okazuje się mistrzem siejącym nienawiść i dezinformację także wobec Kościoła katolickiego.

Rok 1989: komando śmierci w akcji

W euforycznej interpretacji współczesnej historii rok 1989 jest zakodowany jako zwieńczenie bezkrwawej polskiej rewolucji. Stereotyp uzasadnia się zawarciem porozumienia przy Okrągłym Stole, czyli zadekretowaniem przez elity zgody narodowej bez pytania Narodu o zdanie. Nie ma zgody na eufemizm - bezkrwawa rewolucja. Uzasadnienie postawionej tezy nie jest skomplikowane.

Zanim skupiła nas modlitwa w piątą rocznicę śmierci księdza Jerzego, z ręki skrytobójców ponoszą śmierć trzej jego współbracia w kapłaństwie. Dwaj tuż przed rozpoczęciem obrad w Pałacu Namiestnikowskim. Ranek, 21 stycznia 1989 roku. Plebania nieopodal kościoła pod wezwaniem św. Karola Boromeusza w Warszawie. Domownicy znajdują śmiertelnie pobitego proboszcza, 74-letniego ks. prałata Stefana Niedzielaka.

Żałobnikom jeszcze dobrze nie obsychają łzy po jego pogrzebie, gdy zaledwie cztery dni później wiernych poraża wiadomość o następnej zbrodni na kapłanie katolickim. Tym razem w Białymstoku. Nocą, z 30 na 31 stycznia 1989 r., na plebanii parafii Niepokalanego Serca Maryi podstępnie zatruto młodego wikarego. To ks. Stanisław Suchowolec, duszpasterz ludzi pracy skupiający członków zdelegalizowanej "Solidarności".

Z mieszkań obydwu księży nie ginie nic znaczącego. Natychmiast pojawiają się opinie o nieprzypadkowości bliskich terminów obydwu zgonów. Mówi się o ich starannym wyreżyserowaniu w określonym tle politycznym. W perspektywie kresu monopolistycznych rządów polskich komunistów.

Tajemnicze komando śmierci wykonuje kolejne wyroki zarządzone przez tajnych mocodawców. Celem jest zastraszenie wybranych przez szefa policji politycznej reprezentantów opozycji do spektaklu pt. Okrągły Stół. Mordy polityczne jako przestroga. Owszem, ancien régime, z powodu bankructwa idei, zwalnia nieco miejsca na salonach władzy, ale nie myślcie, że jest już całkiem słaby.

Spekulacje polityczne swoją drogą, ale ważniejsze w danym momencie są aspekty prawne nienaturalnych zgonów. Prowadzący śledztwa prokuratorzy stają przed zadaniem znalezienia motywów zbrodni. Zrazu postępowania toczą się mozolnie, niezbyt profesjonalnie i zmierzają w kierunku nieraz zgoła absurdalnym. Z czasem, wobec braku satysfakcjonujących postępów, nie bez presji mediów, następuje zmiana gospodarzy śledztw.

Postępowanie prokuratorskie zmierza do wykrycia bezpośrednich sprawców zbrodni oraz ich ewentualnych mocodawców, ale równolegle do ustalenia pełnego dossier, odkrycia szerzej pojętej tożsamości ofiar. Komu i czym kapłani się narazili, komu przeszkadzali, że pozbawiono ich życia nieomal w przeddzień rozpoczęcia obrad w Pałacu Namiestnikowskim?

Ostatnia ofiara Katynia

Ksiądz Stefan Niedzielak, rocznik 1914. Absolwent warszawskiego Gimnazjum Biskupiego oraz Wyższego Metropolitarnego Seminarium Duchownego. Diakon Niedzielak przyjmuje święcenia kapłańskie w czerwcu 1940 roku. Kapelan łódzkiego Okręgu Armii Krajowej, pseudonim konspiracyjny "Zielony". Współpracuje z Delegaturą Rządu na Kraj, z Polskim Czerwonym Krzyżem i Radą Główną Opiekuńczą, znaną i szanowaną w czasie wojny organizacją charytatywną.

"Zielony" podejmuje niebezpieczną funkcję kuriera zaszyfrowanych dokumentów adresowanych do ks. kard. Adama Stefana Sapiehy. W obliczu wybuchu powstania i zbliżających się do stolicy Sowietów dostarcza arcybiskupowi metropolicie krakowskiemu przesyłkę niezwykłej wagi. Część tzw. depozytu katyńskiego. Inaczej mówiąc - zabrane z grobów materialne dowody zbrodni sowieckiej. Młody kapłan poznaje niektóre protokoły Międzynarodowej Komisji Czerwonego Krzyża badającej zbrodnię na polskich jeńcach wojennych. Wiedza wówczas zdobyta zaważy na jego całym dorosłym życiu.

W 1946 roku ksiądz Niedzielak powraca do Warszawy. Wikariusz w parafii Świętej Trójcy przyjmuje obowiązki kapelana organizacji Wolność i Niezawisłość. Prześladowany przez bezpiekę za zaangażowanie w sprawę oficerów pomordowanych w Katyniu. Bowiem już w latach 50. rozważa możliwość budowy w stolicy pomnika ofiar sowieckiego mordu politycznego.

Ksiądz Stefan Niedzielak zapisuje się w pamięci wiernych wspaniałymi kazaniami głoszonymi w warszawskiej katedrze św. Jana z okazji zakazanych w PRL rocznic narodowych. Należy do prekursorów duszpasterstwa akademickiego, które zakłada, gdy jest proboszczem u Matki Bożej Loretańskiej na Pradze. W kościele św. Stanisława Kostki poświęca pierwszą w Polsce tablicę ku czci gen. Władysława Andersa.

Charyzmatyczny kapłan - za aprobatą Prymasa Stefana Kardynała Wyszyńskiego - prowadzi uroczystości związane ze 190. rocznicą Konstytucji 3 Maja i 60. rocznicą Cudu nad Wisłą, 17 września.

1 listopada 1984 roku ks. Niedzielak poświęca na Powązkach 3,5-metrowy, granitowy krzyż, na którym umieszczono tabliczkę z epitafium: "Poległym na Wschodzie". Wówczas to ewenement w tej części Europy. Nietuzinkowy kapłan i patriota nosi się z zamiarem powołania wspólnoty Rodzina Katyńska - Rodzina Polska.

Narastają szykany "nieznanych sprawców". Nocą, z 20 na 21 stycznia 1989 r., sprawca lub sprawcy zadają proboszczowi Powązek śmiertelne ciosy. Stosują „metodę zakolankowania”. Polega na łamaniu kręgosłupa kolanem bez pozostawiania śladów.

W kręgu rodzin katyńskich nie bez przyczyny powtarzana jest opinia, że ksiądz Niedzielak, to ostatnia ofiara Katynia.

Staszek mnie zastąpi

A kim był zaledwie 30-letni ks. Stanisław Suchowolec, że musiał od nas przedwcześnie i w sposób nienaturalny odejść? Komu przeszkadzał młody wikary?

Jedynak, rodem z Białegostoku. Wyświęcony na kapłana w 1983 roku. Prezbiter dostaje nominację do parafii Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Suchowoli. Stąd zaledwie cztery kilometry do wsi Okopy, siedliska rodu Popiełuszków. Właśnie tam, w rodzinnej parafii księdza Jerzego, obaj kapłani poznają się i zaprzyjaźniają. Ta przyjaźń musi być bliska i serdeczna. Dowodem są słowa Jerzego do matki. Zaniepokojoną o jego los wobec narastającego zagrożenia pociesza słowami: "Mamo, nie martw się. Jak mnie, nie daj Boże, coś się stanie, jak mnie zabraknie, to przecież Staszek mnie zastąpi".

I tak się stało, o czym mało kto wie. Po śmierci przyjaciela ks. Stanisław Suchowolec opiekuje się jego rodzicami jak własnymi. A w kapłaństwie idzie drogą wytyczoną przez sławnego starszego kolegę. Co miesiąc w Suchowoli odprawia Msze św. za Ojczyznę oraz w intencji rozpoczęcia procesu beatyfikacji księdza Jerzego. Głosi płomienne, poruszające słuchaczy homilie.

Rosnące tłumy wiernych uczestniczące w nabożeństwach przyprawiają o ból głowy miejscowych partyjnych i podlaską bezpiekę. Nasilająca się inwigilacja, donosy oraz powtarzające się groźby i pobicia nieznanych sprawców sprawiają, że przełożeni w kapłaństwie przenoszą nieustraszonego wikarego do Białegostoku.

W rodzinnym mieście kontynuuje dzieło rozpoczęte kilka lat wcześniej przez księdza Jerzego w Warszawie. Zostaje kapelanem podlaskiej "Solidarności". Przejmuje schedę po ks. Sławoju Leszku Głódziu, który wyjeżdża do pracy w Watykanie. Rosnące tłumy wiernych na Mszach św. w intencji Ojczyzny w białostockich Dojlidach mobilizują etatowych funkcjonariuszy i tajnych współpracowników Służby Bezpieczeństwa do kolejnych, niezgodnych z prawem przedsięwzięć przeciwko kapłanowi.

Prześladowcy zaciskają osaczającą pętlę. Wzmożona inwigilacja, szykany, ponowne napady nieznanych sprawców. Wreszcie nocą z 30 na 31 stycznia 1989 r. czyjaś ręka podkłada w sypialni księdza na plebanii śmiercionośną, a nieznaną polskiej kryminologii substancję.

Wedle zleconej przez prokuraturę ekspertyzy biegłych z Instytutu Pożarnictwa w Jeziornej, tragicznej nocy wewnątrz mieszkania temperatura podnosi się do około 300 st. C i nie wybucha pożar!

Pożar nie wybucha, ale cel osiągnięty. Specjalna substancja do mordowania ludzi, osobliwie księży, jest skuteczna. Domownicy znajdują księdza Stanisława bez znaku życia, zatrutego dwutlenkiem węgla.

Z mieszkań obydwu księży nic nie zginęło, jeśli nie liczyć tanich sztućców z plebanii przy Powązkowskiej.

Nasuwają się pytania o modus operandi sprawców. Pierwsze - kto w 1989 r. potrafił mordować metodą zakolankowania? I drugie - kto miał wówczas dostęp do śmiercionośnej, acz nieznanej polskiej kryminologii substancji?

Mimo upływu prawie ćwierć wieku nie znaleziono na nie odpowiedzi. Podkreślam - procesowej odpowiedzi.

"Niebezpieczny zwolennik krzyży"

W pogrzebie kapelana białostockiej "Solidarności" uczestniczy m.in. jego przyjaciel z Warszawy ks. Sylwester Zych. Kapłan niekryjący antypatii do reżimu, za co wiele lat cierpi prześladowania, z kilkuletnim pobytem w więzieniu oraz napadami i groźbami pozbawienia życia włącznie. Dokooptowany przez policję polityczną do owej wyimaginowanej przez funkcjonariuszy reżimu organizacji księży kontrrewolucjonistów.
Na początku lat 80. ks. Sylwester Zych dostaje dekret do parafii Przemienienia Pańskiego w Tłuszczu. To wtedy trafia na indeks władz z adnotacją: niebezpieczny zwolennik krzyży w szkołach. Pamiętają tamte zdarzenia dawni uczniowie i ich rodzice. Po ćwierć wieku proboszczem parafii zostaje kolega kursowy "niebezpiecznego zwolennika krzyży" ks. kanonik Władysław Trojanowski.

- Najstarsi parafianie zachowali w żywej pamięci ks. Sylwestra Zycha, który w trudnym czasie imponował postawą kapłańską i odwagą cywilną, miłością do Boga i Ojczyzny - mówi ksiądz dziekan Trojanowski. - Relacjonowane świadectwa konweniują ze wspomnieniami sięgającymi i mojej młodości. Ksiądz Sylwester doszedł do naszego rocznika seminaryjnego na trzecim roku. Po powrocie z wojska. Pamiętam człowieka z natury zasadniczego, stanowczego, wyróżniającego się zapałem do nauki. Oczami wyobraźni widzę jego postać z książkami pod pachą albo ślęczącego nad książką. Żartowaliśmy nieraz, że jest przygotowany do egzaminu już rok wcześniej.

Od lipca 1981 roku ks. Władysław Trojanowski jest wikarym w parafii św. Krzysztofa w Podkowie Leśnej. Buduje kaplicę w Leśnej Polanie, co wzbudza niezadowolenie Urzędu ds. Wyznań i Służby Bezpieczeństwa.

- Aresztowanie księdza Sylwestra w stanie wojennym poruszyło mnie najbardziej w sensie ogłoszonej argumentacji. Zarzut, jakoby miał gromadzić amunicję i namawiać młodzież do rewolty przeciwko WRON-ie, czyli powołanej przez gen. Jaruzelskiego Wojskowej Radzie Ocalenia Narodowego - uznałem od razu za absurdalny. Dlatego skrytykowałem w kazaniu postawione mu zarzuty. Uczyniłem to niezwłocznie, bo w pierwszą niedzielę po aresztowaniu Sylwka - mówi ks. Trojanowski.
Nim zapada wieczór, ksiądz Trojanowski dostaje wezwanie do "natychmiastowego stawiennictwa" w komisariacie. Młody wikary nie zamierza stawić się natychmiast ani w ogóle. W poniedziałek nawiedza go więc "opiekun" dekanatu z bezpieki.

- Nie odpowiadałem na pytania funkcjonariusza SB, tylko wygłosiłem mowę, która wyprowadziła go z równowagi. Przyjęło to formę wyartykułowanej groźby ubeka i sprowokowanie swoistego dialogu:

- Za takie postępowanie wsadzimy księdza do więzienia!

- Proszę bardzo. Zamykajcie.

- Ksiądz jest niereformowalny! Nie chce dać się nawrócić.

- Ja nie muszę się nawracać. Problem z nawróceniem ma pan, nie ja.

Ksiądz Trojanowski wspomina wizytę nieszczęsnego ubeka z nieskrywaną ironią. Narzucona przeze mnie konwencja rozmowy zirytowała funkcjonariusza bezpieki i pogubił się zupełnie. Nagle żachnął się i wyłączył magnetofony, którymi potajemnie nagrywał rozmowę.

Publiczne przywołanie aresztowanego kolegi dyktowało księdzu Władysławowi nie tylko serce, ale przekonanie wypływające z niekoniunkturalnej potrzeby i konieczności historycznej chwili: "Ogłoszenie stanu wojennego zastraszyło wielu ludzi. Nastrój klęski udzielił się także wielu kapłanom. Osobiście uważałem za swój obowiązek ujęcie się za księdzem Sylwestrem. Nie mogłem czekać, że wyręczą mnie nasi przełożeni.

Ksiądz Władysław Trojanowski pracuje w Podkowie Leśnej do lutego 1983 roku. O aresztowanym, a następnie osadzonym w więzieniu koledze wspomina w homiliach podczas Mszy św. w trakcie zjazdów koleżeńskich.

Skazany kapłan odzyskuje wolność po 6 latach. Schorowany, ale nie złamany. Włącza się w działalność opozycyjną. Towarzyszy w ostatniej ziemskiej drodze przyjaciela, ks. Stanisława Suchowolca.

- Teraz to już chyba wezmą się za mnie - mówi żałobnikom w drodze powrotnej z pogrzebu do stolicy.

- Nie martw się, Sylwek - pocieszają go. - Na pewno nic się nie stanie.
Przyjaciele księdza Zycha nie wiedzą, jak bardzo się mylą. Tylko niektórych wtajemnicza w ciąg doznawanych niemalże codziennie szykan.

Krynica Morska. Nadchodzi świt, 11 lipca 1989 roku. Młodzież wracająca z dyskoteki zauważa na dworcu PKS mężczyznę niedającego znaku życia. Dwa dni później nieboszczyka zidentyfikowano jako księdza Zycha.

Lekarze na ciele denata odnajdują 54 rany i obrażenia, niektóre bardzo ciężkie. Biegli profesorowie medycyny sądowej ujawniają z tyłu głowy ofiary podbiegnięcia krwawe mogące świadczyć o zadaniu ich pałką.

Śledztwo wykluczyło, by ksiądz Zych rozliczne obrażenia zadał sobie sam. Skoro tak, więc kto to uczynił?

Prokuratorzy, mimo kilka razy wznawianego śledztwa, nie zdołali znaleźć jednoznacznej i pewnej odpowiedzi. Wiele zagadek dotyczących okoliczności zgonu także ks. Zycha pozostaje nierozwiązanych.

Ksiądz Trojanowski sprzeciwia się nieprawdziwym opiniom o zmarłym oraz nieostrożnym, a nieraz nieodpowiedzialnym wypowiedziom konfratrów.

- Ksiądz Sylwester miał, jak to się mówi, prosty kręgosłup i nie naginał się do wymagań reżimu. Nie podobało się to ludziom niewrażliwym oraz małego ducha koniunkturalistom. Mówię o człowieku dobrego serca, skromnym i poczciwym, na pewno bez wybujałych ambicji - wskazuje.

Profesjonalni mordercy

Przesłuchano kilkuset świadków i zebrano kilkadziesiąt tomów akt śledztwa. Prokuraturze powszechnej nie udaje się wyjaśnić prawdziwych, całkowicie pewnych okoliczności ani ustalić faktycznych sprawców śmierci żadnego z trzech kapłanów. Kilka razy wznawiane śledztwa kończą się prokuratorskimi postanowieniami o umorzeniu postępowania ze względu na niewykrycie sprawców przestępstwa. Krótko mówiąc - jedna z największych porażek aparatu ścigania i resortu sprawiedliwości III RP.

Analiza materiału dowodowego skłania do konkluzji, że sprawcami zbrodni nie są na pewno amatorzy, ludzie przypadkowi. Dramatyczne okoliczności zgonów księży Niedzielaka, Suchowolca i Zycha mają cechy wspólne. Całość ma charakter jakby ostatniego akordu w wykonaniu rzeczonych nieznanych sprawców, połączonych długim, krwawym łańcuchem niewykrytych zbrodni i mordów politycznych na zlecenie bądź z inspiracji kolejnych przywódców PZPR.

Sposób przygotowania poszczególnych zbrodni, perfekcyjne wykonanie oraz doskonały sposób zatarcia śladów świadczą o tym, że sprawcami są ludzie wyszkoleni w zabijaniu - czytamy w uzasadnieniu postanowienia o umorzeniu śledztwa w sprawie śmierci ks. Niedzielaka.

Zbrodni dokonali niewątpliwie profesjonalni mordercy. No tak, ale kim oni byli?

Wyrafinowany modus operandi wskazuje na ludzi tajnych służb. Oczywiście, także w stosunku do funkcjonariuszy bezpieki obowiązuje zasada domniemania niewinności. Trudno jednak uwierzyć, by nie mieli oni nic wspólnego z nienaturalnymi zgonami akurat tych trzech księży. Trudno uwierzyć w przypadkowy zbieg okoliczności. Raczej warta badań jest hipoteza o zbrodniach na pożegnanie odchodzącego w niebyt systemu.

- Są przesłanki dające podstawy do postawienia hipotezy o nieprzypadkowości nienaturalnych zgonów księży Niedzielaka, Suchowolca i Zycha w przełomowym roku 1989 - mówi prof. Andrzej Zybertowicz, znawca problematyki tajnych służb. - Wiadomo, że obrady Okrągłego Stołu nie były po myśli całego spektrum rządzącego establishmentu. Niewykluczone, że jakaś frakcja partyjna postanowiła ukąsić, by zaznaczyć w sposób niezwykle drastyczny swój sprzeciw wobec biegu zdarzeń.

Poprzedzające rozpoczęcie obrad w Pałacu Namiestnikowskim nienaturalne zgony księży Niedzielaka i Suchowolca nie zaprzątają szczególnej uwagi uczestników sesji inauguracyjnej. Księża Stefan Niedzielak, Stanisław Suchowolec i Sylwester Zych odchodzą z ziemskiego świata w jednym półroczu 1989 roku. Jakby w cieniu Okrągłego Stołu. Autorzy podręczników do nauki historii jeszcze tego faktu nie skonstatowali, ale tak tragicznego roku nie było w Polsce. Trzy skrytobójstwa księży w jednym półroczu!

Naśladowcy Urbana

Urban ponad ćwierć wieku temu przekonywał o rzekomych seansach nienawiści w kościele na warszawskim Żoliborzu zakłócających jedność Narodu i powszechną zgodę. Kreował ks. Popiełuszkę na wywrotowca, terrorystę, a w najłagodniejszej postaci niweczącym sielankę siewcę złego. Piotrowski powoływał się w śledztwie na zachęcające do rozwiązania "problemu Popiełuszki" wytyczne rzecznika rządu.

Dziś "usta Jaruzelskiego" mają naśladowców. Nadal wielu wzywa do "uciszenia" Kościoła, księży, biskupów. Może od profanujących krzyż na Krakowskim Przedmieściu nie można za wiele wymagać, skoro premier, historyk z wykształcenia, spektakl pod krzyżem traktuje jak niewinną, uprawnioną w demokratycznym kraju zabawę. Nie przeszkadza mu, że pozytywnym bohaterem happeningu jest morderca księdza Popiełuszki. Daje przyzwolenie na uciszanie Kościoła.

Rytm bębenka jakby ten sam. Mantra może nieco zmieniona. No i kto inny wybija rytm.

 

 

(Nasz Dziennik 28 X 2010).