nazwa.jpg, 14 kB

ŚMIERĆ W 300 STOPNIACH CELSJUSZA

 

Plebanię nawiedza profesjonalista. Wylewa łatwopalną ciecz na blat ławy, obudowę termowentylatora i wykładzinę podłogową. Wznieca ogień. Wycofuje się w kierunku wyjścia. Zapala dwie kartki papieru na regale z książkami. Odcina lokatorowi drogę ucieczki. Wychodzi. Zamyka drzwi na klucz…

Czerwiec 1983 r. Prezbiter Stanisław Suchowolec dostaje nominację na wikariusza u Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Suchowoli, rodzinnej parafii Jerzego Popiełuszki. Wiekowo dzieli ich 11 lat. Od pierwszego spotkania, starszy staje się dla młodszego wzorem człowieka i kapłana. Zaprzyjaźniają się serdecznie. Wikary z Suchowoli należy do częstych gości domu Marianny i Józefa Popiełuszków. Po kilku nieudanych zamachach na swoje życie, kiedy matka obawia się o los syna, ksiądz Jerzy przytula ją i pociesza:

- Mamo, nie martw się. Jeśli mnie, nie daj Boże, coś się stanie, to przecież Staszek mnie zastąpi.

Na 11 listopada 1984 r., przyjaciele umawiają się, że odprawią w Suchowoli mszę świętą w intencji Ojczyzny. Niestety. Najpierw jest 19 października i msza jest, ale żałobna. W kościele powiewają przewiązane czarną wstążką flagi narodowe i sztandary zakazanej Solidarności.

KRYPTONIM „POGRZEB”

- Śmierć Jurka była dla Staszka szokiem nie do opisania - mówi ks. Jerzy Sidorowicz, kolega kursowy z seminarium. – W jego życiu nastąpił przełom.

Ksiądz Suchowolec podejmuje opiekę duchową nad rodzicami przyjaciela. Młody wikary nie wie o zintensyfikowaniu działań bezpieki przeciwko niemu. Zrazu przybiera to wyraz we wszczęciu sprawy obiektowej kryptonim, nomen omen – Pogrzeb. Dotyczy przebiegu uroczystości żałobnych i symbolicznego pogrzebu szat liturgicznych ks. Popiełuszki w Suchowoli. Jej zamknięcie 24 VI 1985 r., zbiega się z podjęciem następnej sprawy, kryptonim Suchowola. Dotyczy, cytuję - zagrożeń politycznych wynikłych z tytułu śmierci ks. Popiełuszki na terenie parafii, będących następstwem działalności ks. Suchowolca.

Suchowolski wikary odprawia w każdą drugą niedzielę miesiąca msze w intencji rozpoczęcia procesu beatyfikacji ks. Popiełuszki. Pielgrzymują na nie wierni z coraz odleglejszych stron kraju, w tym działacze podziemnej Solidarności. Ks. Stanisław głosi płomienne homilie. W mszach uczestniczą funkcjonariusze wydziału IV SB, wywodzący się notabene przeważnie z rodzin prawosławnych. Potajemnie nagrywają kazania, których egzegezą zajmują się zawodowi antyklerykałowie aparatu państwowego. Bezpieka instaluje podsłuch w mieszkaniu wikarego.

Wojewoda Kazimierz Dunaj zawiadamia biskupa białostockiego o kwestii szkodliwych politycznych wystąpień duszpasterskich ks. Suchowolca. W listopadzie, autor ekspertyzy kazań wyraża zaniepokojenie, że wikary - abstrahując od wyroku na sprawców śmierci księdza Popiełuszki, co rusz podejmuje ten temat, wskazując na potencjalnych prześladowców zmarłego w szeregach PZPR, SB, ZOMO.

Eksperci reżimu dopatrują się w kazaniach ks. Stanisława elementów jątrzących przeciw PZPR i organom porządkowym. Bezpieka zawiadamia prokuraturę, że kaznodzieja podpada pod paragraf o nadużywaniu wolności sumienia i wyznania na szkodę interesów PRL. Ale prokuratura jednak nie dopatruje się cech przestępstwa i odmawia wszczęcia postępowania.

Przedsięwzięciom formalnym towarzyszą nieformalne. Ksiądz kilka razy zostaje dotkliwie pobity przez tzw. nieznanych sprawców. Ktoś uszkadza układ jezdny jego auta. Ktoś grozi mu telefonicznie śmiercią. Wobec nasilających się szykan i prześladowań, przełożeni w kapłaństwie przenoszą go do Białegostoku. Na msze księdza Suchowolca w kościele Niepokalanego Serca Maryi przybywają jeszcze większe tłumy wiernych, niektórzy ze sztandarami zakazanej Solidarności; tworzy duszpasterstwo robotnicze i jednoczy opozycję.

- Ks. Stanisław stał się liderem lokalnej Komisji Interwencji i Praworządności NSZZ Solidarność - mówi senator RP Zbigniew Romaszewski, współinicjator i kierownik niezwykle pożytecznej instytucji państwa podziemnego.

Bezpieka nie ustaje w dążeniu do wytoczenia mu procesu karnego. Ksiądz jest figurantem w sprawie operacyjnego rozpracowania kryptonim Uparty. Meldunki nt. jego kazań trafiają już nie tylko do IV Departamentu MSW, ale i do Gabinetu Ministra - Kiszczaka. Białostockie władze partyjne odchodzą od zmysłów. Ich samopoczucie pogarsza wiadomość o powołaniu Suchowolca na kapelana podziemnych struktur Solidarności. Nasilają się anonimowe, coraz bardziej ordynarne pogróżki. Znowu zostaje poturbowany przez nieznanych sprawców.

TO ZA SOLIDARNOŚĆ, GNOJU!

- Wybijemy ci ją z głowy! - krzyczą.

W kwietniu 1988 r., z inspiracji MSW, powstaje w Białymstoku tajna struktura bezpieki do zadań specjalnych - międzywydziałowa grupa operacyjna. Jest w niej nominalny opiekun ks. Suchowolca – por. Marek Czyż. Specgrupa uzyskuje ze źródeł agenturalnych plan architektoniczny plebanii w Dojlidach, informacje, gdzie pozostawiane są klucze do drzwi wejściowych oraz o wyposażeniu mieszkania wikarego, zwyczajach i rozkładzie cyklicznych zajęć.

Nieznana ręka zawiesza na klamce auta księdza kartkę z rysunkiem wiszącego na szubienicy mężczyzny w sutannie i podpisem - Stanisław. Ktoś przecina przewód hamulcowy. Innym razem luzuje cztery śruby w tylnym kole jego samochodu. Nieznana ręka wyciąga nakrętkę kolumny kierowniczej. Potem ktoś odkręca śruby mocujące końcówkę wahacza, to znowu rozcina osłonę gumową i uszkadza krzyżaki, wreszcie - poluzowuje nakrętkę mocującą kolumnę Persona z łożyskami.

Żadne z wymienionych uszkodzeń nie powstały samoczynnie. Defekty auta księdza spowodowała sprawna manualnie ręka fachowca.

- Ten, kto spowodował uszkodzenia musiał wiedzieć, że naraża na śmiertelne niebezpieczeństwo każdą osobę nieświadomą awarii - mówi Jan Suchowierski, naprawiający uszkodzenia.

Mówiąc językiem prawniczym, to stricte zbrodnicze działania mogące doprowadzić do śmierci księdza, albo co najmniej do poważnego uszkodzenia jego ciała. Zaszczuwany, osaczany i żyjący pod nieustającą presją ksiądz występuje o zezwolenie na posiadanie i ewentualne używanie osobistego miotacza gazu łzawiącego. Zezwolenia jednak nie otrzymuje. Jego bezpieczeństwo ma zwiększyć suka rasy doberman, na co nie musi mieć zezwolenia milicji. Jesienią 1988 r., przyjaciele tworzą rodzaj obywatelskiej straży księdza. Przed udaniem się na nocny spoczynek, kapłan telefonuje do kogoś ze „straży”.

Inicjatywa szlachetna i godna uznania, ale czy wystarczająca? Szykany nie ustają. Bezpieka urządza

COŚ NA PODOBIEŃSTWO POLOWANIA

Całodobowa inwigilacja. Zadręczanie telefonami. Najbliżsi mają świadomość, że księdzu może grozić najgorsze.

- Wiesz, śmierci się nie boję, tylko kalectwa – rzuca niby od niechcenia Dorocie Stypułkowskiej-Wiszowatej, aktorce ubogacającej występami msze za Ojczyznę.

Pętla zacieśnia się. Ksiądz mówi, że czuje się osaczony i zdradzony. Ma graniczące z pewnością przekonanie, że bez wiedzy bezpieki nie może zrobić kroku. Grożą. Szantażują. Czuje oddech prześladowców.

List w obronie nękanego kapłana do Rzecznika Praw Obywatelskich, Ewa Łętowska zbywa konkluzją, że to pewnie wybryki chuligańskie… 18 grudnia 1988 roku, ksiądz zaskakuje najbliższych uwagą, że to chyba jego ostatnia msza za Ojczyznę. Nieco miesiąc później media obiega informacja o zamordowaniu ks. Stefana Niedzielaka.

29 stycznia 1989 r., ks. Stanisław od rana spowiada, komunikuje, celebruje. Na plebanii jest Anna Kuczyńska, z grona ochrony wikarego, który popołudniem ma niezapowiedzianego gościa.

- Przeszli do sypialni, skąd dochodziły odgłosy sprzeczki. Nie wiedziałam jak zareagować. Nieznajomy wyszedł spokojny, a ksiądz podenerwowany. Nie komentował niczego, a ja nie śmiałam pytać.

Późnym wieczorem, zgodnie z przyjętym systemem, wikary telefonuje do Doroty Klimowicz. Mówi o parkującym opodal plebanii aucie i budzących niepokój pasażerach. Zatrważa rozmówczynię stanem niepokoju.

Mija północ. Ksiądz wyprowadza Nikę.

- Jak przestała biegać, to w kierunku ulicy oddalały się trzy osoby – mówi Marianna Kuc, mieszkająca na poddaszu plebanii.

Ks. Edward Rafało, sąsiad Suchowolca, budzi się z bólem głowy. Astmatyk. Przyciska kontakt nocnej lampki. Bezowocnie. Zapala świecę. Jest po 4-ej. Wychodzi na korytarz. Pojawia się także gospodyni. Oboje czują swąd spalenizny. Budzą wikarego Józefa Koszewnika. Drzwi mieszkania ks. Stanisława są zamknięte na klucz. Pukają. Cisza.

- Dlaczego nie szczeka Nika?!

Wyważają drzwi. W świetle latarki dostrzegają sadzę na meblach. Ks. Stanisław leży na podłodze. Trzyma się za głowę. Twarz i dłonie czarne od sadzy. Nie daje znaku życia.

Oficer dyżurny milicji sporządza o 6,10 notatkę służbową: …powiadomili mnie, że w pomieszczeniu gdzie spał ksiądz Suchowolec zapaliła się lampka nocna w plastikowej obudowie, wskutek czego

ZACZADZIAŁ, PONOSZĄC ŚMIERĆ

Przy sekcji zwłok dziwi asysta wysokiej rangi oficerów milicji. Przyczyną zgonu jest zatrucie tlenkiem węgla. We krwi zmarłego znajduje się 58 % tlenkowej hemoglobiny, czyli dawka śmiertelna. Sadza w układzie oddechowym i przewodzie pokarmowym wskazuje, że oddychał zatrutym powietrzem.

Ujawniono podskórne krwawe wylewy na szyi denata oraz obydwu stawach mostkowo-obojczykowych. Ponadto – świeży wylew krwawy do mięśnia piersiowego o wymiarach 7 na 1,5 cm.

Wg prokuratury, ksiądz zatruł się wskutek pożaru grzejnika marki farel. Koliduje to z faktem, że podłoga pod piecykiem nie jest wypalona i brak śladów opalenia na stoliku, pod którym stoi farelka.

Prokuratura przywiązuje się do tezy, że krwawe wylewy na klatce piersiowej i szyi księdza, to skutek uderzenia o tępokrawędziaste przedmioty, jak biurko, krzesło. Śledczy ignorują fakt, że mebli tych nie ma opodal łóżka i że sińce mogą być skutkiem urazu zadanego przez człowieka.

Śledztwo nie przynosi także odpowiedzi na pytanie, kto i dlaczego oblał cuchnącą substancją ubrania księdza (w tym sutannę) oraz wiszący w mieszkaniu krzyż. Nie ustalono składu, ani nazwy substancji. Tajemnicą pozostaje zachowanie dobermanki. To rasa charakteryzująca się odwagą, inteligencją, wrodzoną ciętością i doskonałym węchem. Jak to możliwe, że czujna zazwyczaj suka nie objęła instynktem zagrożenia pożarowego?

W czerwcu 1989 r., prokuratura umarza śledztwo. Uzasadnienie - śmierć księdza nastąpiła w następstwie nieszczęśliwego wypadku, niezawinionego przez osoby trzecie.

Postanowienie zaskarżają pełnomocnicy pokrzywdzonych. Zarzucają prokuraturze nie wyjaśnienie okoliczności bezpośrednio poprzedzających zatrucie i oceny, czy miały one charakter losowy, czy przyczyna sprawcza tkwi w działaniu innych osób. Wypominają prokuraturze regularne oddalanie wniosków dowodowych, w tym dotyczącego dokumentacji o ks. Suchowolcu z IV Wydziału SB.

PROFESJONALNE MORDERSTWO

Zażaleń nie uwzględniono. Osobliwe jest zwłaszcza uzasadnienie odmowy sięgnięcia po dowód w postaci akt operacyjnych bezpieki. Ponieważ kierownik śledztwa wykluczył udział osób trzecich, więc prokuratura uznała się za zwolnioną z poszukiwań okoliczności zaprzeczających przyjętej tezie, a zwłaszcza gdyby miało to dotyczyć funkcjonariuszy SB!

Prokuratura bagatelizuje liczne ślady zainteresowania bezpieki księdzem, uznając, że nie ma to znaczenia dla rozstrzygnięć śledztwa. Ale źródła wiedzy na ten temat są tajemnicą prokuratury, a w każdym razie pozostają poza aktami śledztwa. Z ich lektury wyziera zdecydowane stanowisko w sprawie dowodu, którego prokuratura w sposób procesowy nie zna!

Przełamanie następuje po rozwiązaniu SB. Wznowione śledztwo wprawdzie ponownie umorzono, ale z uzasadnieniem diametralnie odmiennym. Śmierć księdza nie nastąpiła wskutek wypadku losowego, lecz morderstwa.

Biegli wykluczyli, by grzejnik był miejscem powstania pożaru. Zaiskrzyło na blacie stojącej w pokoju ławy, gdzie rozlano celowo łatwopalną ciecz, notabene nieznaną polskiej kryminologii. Płomień natychmiast zgasł, ale śpiący ksiądz znalazł się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, spowodowanym obniżeniem stężenia tlenu i wzrostem stężenia tlenku węgla, które nastąpiło już między 2 a 6 sekundą od chwili powstania ognia. W miejscu znalezienia zwłok nastąpił chwilowy wzrost temperatury sięgający w kulminacji 300 stopni Celsjusza!

To złoczyńca włączył grzejnik. Zmierzając w kierunku wyjścia zatrzymał się przy stojącym obok drzwi regale z książkami i podpala dwie kartki papieru. Odcina ofierze drogę ucieczki. Zamyka drzwi mieszkania na klucz i opuszcza budynek plebanii.

Ilość tlenu maleje w tempie gwałtownym. Wreszcie jest tak mała, że grzejnik spala się tylko częściowo, a wysoka temperatura sprawia, że pozostała część urządzenia ulega deformacyjnemu stopieniu.

Ksiądz budzi się. Wstaje z łóżka. Z kołdrą w dłoniach usiłuje dotrzeć do źródła pożaru. Niestety. Jego organizm jest już tak zatruty, że upada. Umiera prawie natychmiast. Między 2 a 4 w nocy.

Szef MSW nie pozwala ujawnić agentury, co uniemożliwia skonfrontowanie TW z funkcjonariuszami SB. Prokuratura otrzymuje informację o zniszczeniu przez SB akt księdza Suchowolca w 1989 roku, czyli w trakcie pierwszego śledztwa!

Kapłan miał świadomość, że donosiciel jest wśród bliskich mu osób. Dwie osoby z bliskiego otoczenia księdza przyznają się do współpracy z SB. Podają personalia oficerów prowadzących, ale ci podczas konfrontacji… zaprzeczają.

Z mieszkania ofiary nic nie zginęło. Zbrodnię zaplanowano z zimną krwią, precyzyjnie wykonano i starannie zatarto ślady. Sprawca śmierci kapelana białostockiej Solidarności postępował ze skutecznością znamionującą specjalistycznie wyszkolonych, profesjonalnych morderców.

Od 20 lat morderca księdza Suchowolca pozostaje nieznany. Czy zmieni to śledztwo prokuratorów Instytutu Pamięci Narodowej?

 

PS. Prezydent Lech Kaczyński odznaczył księdza Stanisława Suchowolca Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.