nazwa.jpg, 14 kB

SEKCJA KATONÓW NIE PRZEPRASZA

 

Asy IV Departamentu MSW planowały różne rodzaje śmierci Waldemara Chrostowskiego, kierowcy ks. Jerzego Popiełuszki. Wypadek samochodowy, spalenie żywcem, utopienie z workiem kamieni u nóg. Uratował go skok z pędzącego samochodu. Cudem uniknął śmierci...

Pomyślałem, że jak skoczę, to księdzu nic złego nie zrobią - mówi z rezygnacją w głosie Chrostowski.

- Nie dadzą ci spokoju, Waldek - przepowiada mec. Edward Wende. - Będą cię gnębić.

Przepowiednia spełnia się 20 lat później. Media obiega oskarżycielskie pytanie: Czy rzeczywiście kluczowego świadka zbrodni nic nie wiązało z funkcjonariuszami SB? Znany jako lojalny kierowca i przyjaciel księdza Popiełuszki pracował dla resortu jego morderców.
Chrostowski zaprzecza w liście do redakcji „Wprost”, by był TW albo kontaktem operacyjnym SB. Adwersarze powołują się na autorytet prokuratora Andrzeja Witkowskiego z IPN, który jest odmiennego zdania. 

To mocny argument. Prawie gwóźdź do trumny. Ma jeden mankament. Brak wypowiedzi prokuratora. Szef zakazał mu udzielenia wywiadu. Nie zabronił korespondować, więc dostarcza redakcji kuriozalny list dziękczynny. Wielkie dzięki w imieniu służby, pisze prokurator do dziennikarzy. 

Chór katonów mnoży insynuacje i pomówienia. Zarzucają Chrostowskiemu autokreację i najgorsze - współpracę ze sprawcami zbrodni na księdzu. Dyrygentem chóru jest Wojciech Sumliński. Najpierw we „Wprost”, a później w książce, stwierdza, że tylko dwa fakty przedstawione przez Chrostowskiego są prawdziwe - data i miejsce porwania księdza (19 października 1984 roku). Bo: Niczym doktor Jekyll i mister Hyde - miał dwie twarze. Był „człowiekiem księdza”, towarzyszącym mu wszędzie ochroniarzem, kierowcą i powiernikiem [a zarazem] prowadził perfidną grę. 

Autor przywołuje świadectwo kpt. Mieczysława Szuby z Torunia. Były milicjant ujawnia prokuratorowi tajemne karty biografii przyjaciela księdza, które upublicznia Sumliński: &uzyskałem informacje operacyjne, że w stacji benzynowej w Toruniu (przy kościele garnizonowym) pracuje w charakterze ajenta Waldemar Chrostowski [który] dokonywał nadużyć przy sprzedaży paliwa. [Jak] zorientował się, że jest przez nas podejrzewany, wyjechał z Torunia w nieznanym kierunku. 

Sumliński snuje domniemania na temat przyczyn ucieczki ajenta: Nie można wykluczyć, że już wówczas znajdował się pod niewidzialnym parasolem ochronnym i został ostrzeżony.

To inwektywa domyślna, ale jednak inwektywa. Narracja reportera preferującego drogę na skróty, który niby pyta, a w istocie oskarża Chrostowskiego o przemilczenie tematu lukratywnej pracy. Wyeksponowane przez Sumlińskiego znaki zapytania, dotyczące biografii przyjaciela księdza Popiełuszki, skłaniają do interpretacji rozszerzającej dziennikarzy Polsatu i TVN. I dla nich wyrocznią jest emeryt MO. Jego zdaniem, ajentem stacji benzynowej zostawało się dzięki kontaktom, jakiemuś poparciu. 

- Jakiemu?

- Wiadomo, na przykład SB.

Waldemar Chrostowski jest na emeryturze. Schorowany. Nie ma możliwości zwoływania konferencji prasowych, ani urządzania nęcących media spektakularnych widowisk, jak redaktor Sumliński. Ale nie stroni od rozmowy.

- Jeszcze na wolności, panie Waldemarze? 

- No, tak. Widzi pan.

- Prokurator Witkowski chciał usadzić pana na ławie oskarżonych razem z Kiszczakiem. Redaktor Sumliński nie krył ubolewania, prawie się rozpłakał na wiadomość, że uniknął pan oskarżenia.

- Nie wiem, z jakiego powodu ci panowie mnie pomawiają. 

- Od kiedy mieszkał pan w Toruniu? 

- Skąd?! Nigdy nie mieszkałem w Toruniu.

- Niemożliwe?! Posady ajenta stacji benzynowej nie załatwiła panu bezpieka?

- Nigdy i nigdzie nie byłem ajentem stacji benzynowej. Ani bezpieka, ani nikt inny nie mógł więc załatwić mi tej fuchy, jak chcą panowie Witkowski i Sumliński, a za nimi sfora nękających mnie oszczerców. 

- Co pan powie po kanonadzie w mediach o skrywaniu przed opinią publiczną informacji o intratnym miejscu pracy?

- Żąda pan ode mnie potwierdzenia, że nie jestem garbaty? No, widzi pan, nie jestem. W latach 70. miałem mniej dochodową pracę. W straży pożarnej.

Potwierdzeniem są faksymile zaświadczeń, według których Waldemar Chrostowski, syn Stefana, urodzony 28 kwietnia 1942 roku, w latach 1970-72 pracował jako kierowca mechanik w Stołecznej Komendzie Straży Pożarnych, a następnie w warszawskiej Zawodowej Straży Pożarnej, skąd zwolniono go 31 grudnia 1981 roku.

- Zwolnili pana na początku stanu wojennego.

- Byłem wiceprzewodniczącym Komisji Zakładowej i członkiem Prezydium Sekcji Pożarnictwa NSZZ „Solidarność”. Zażądano, bym wycofał się z „Solidarności”. Odmówiłem i dostałem wypowiedzenie. Na kilkumiesięcznym bezrobociu wspierał mnie ks. Jerzy Popiełuszko, którego poznałem podczas strajku studentów Szkoły Oficerów Pożarnictwa.

 

Telefonuję do Mieczysława Szuby. Nie od razu godzi się na rozmowę.

- Mam siedemdziesiąt lat i jestem już zmęczony tą sprawą.

- Może podobnie zmęczony jest Waldemar Chrostowski? Pan kapitan wiedzie spokojny żywot emeryta, natomiast jego poniewierają w mediach, traktują jak człowieka nikczemnego. Wie pan dlaczego? Bo kilka osób uznało pana za krystaliczne źródło informacji o rzekomo niechwalebnej przeszłości Chrostowskiego. Chciałbym panu pokazać pewien dokument.

- Dobrze. Niech pan przyjedzie.

Skromne 35-metrowe mieszkanie w bloku wojskowym. Wystrój nie świadczy o zamożności właściciela. Pustawo. Gospodarz przygaszony, trochę nieobecny. 

- Żona mi zmarła niedawno - zagaja. 

- Moje kondolencje. Ciasno tu.

- Jak pan widzi. Ciemna kuchnia, 40-letnia meblościanka. Tyle się dorobiłem po 28 latach pracy w milicji.

- Nie tylko w MO, pracował pan też w SB. 

- Nie. W milicji. Dochodzeniówka, przestępstwa gospodarcze, oficer dyżurny województwa.

- Pięć miesięcy przed stanem wojennym awansował pan na kapitana i starszego inspektora wydziału IV, „kościelnego”, a później V SB. Przeszedł pan do elity, czyli policji politycznej reżimu.

- Niezupełnie. Po odejściu ze stanowiska naczelnika wydziału PG w komendzie miejskiej, chciałem przejść na stanowisko oficera dyżurnego w KW MO. Akurat wszystkie etaty były zajęte, więc co do płacy byłem w SB, a pracowałem faktycznie w Wojewódzkim Stanowisku Kierowania.

- Zna pan Wojciecha Sumlińskiego?

- Z telewizji.

- Jak to, nie rozmawiał z panem?

- Nie. Nigdy.

- W swojej książce cytuje pana zeznanie z protokołu prokuratorskiego przesłuchania. 

- Na jakiej podstawie?! Nie wyrażałem zgody! Może pan pokazać?

- Proszę.

Czytam emerytowi MO, jak obciąża Waldemara Chrostowskiego podejrzeniem o nadużycia popełnione na posadzie ajenta stacji benzynowej.

- Nie był ajentem, tylko pracownikiem - prostuje.

- Na dwóch stronach książki, cztery razy powtarza pan: był ajentem. Skąd dowiedział się pan o jego machinacjach?

- W wydziale PG prowadziłem sprawy benzynowe. Rutynowo zagadnąłem szefa Polskiego Związku Motorowego, do którego należała stacja: „U ciebie też robią kanty”. Potwierdził: „Przysłali cwaniaczka z Warszawy i robi przekręty. Nazywa się Waldemar Chrostowski”. Poszliśmy na stację i, jak dziś pamiętam, wskazał mi go dyskretnie. Oni chyba się domyślili, bo znał mnie kierownik stacji. Kilka tygodni później Chrostowski zniknął. 

- Ponownie spotyka go pan blisko 15 lat później. Na procesie sprawców zbrodni na księdzu Popiełuszce.

- Nie. Byłem w sądzie trzy - cztery razy i go nie widziałem.

- Kto i po co delegował oficera dyżurnego WUSW na rozprawę dotyczącą zbrodni?

- Przypadek. Znałem prowadzącego śledztwo prok. Zygmunta Kołackiego. I to dzięki niemu…

- Panie kapitanie, to nie prokurator dysponował wejściówkami na salę rozpraw, ale mniejsza z tym… Jest pan pewien, że uprowadzony z księdzem Popiełuszką jego przyjaciel, pracował w młodości na stacji benzynowej w Toruniu? Mówimy o tej samej osobie?

- Chrostowski dostał od Kiszczaka kupę pieniędzy za zniszczoną w czasie skoku marynarkę. Rozumie pan?

- Nie rozumiem. Ale wątpię, by Kiszczak rekompensował komuś zniszczoną garderobę. A, przepraszam, skąd pan to wie?

- Wiem. Nie chcę mówić skąd.

- Widział pan pokwitowanie odbioru pieniędzy z MSW przez Chrostowskiego?

- Nie.

- Ja też nie. On zaprzecza, by brał pieniądze z resortu Kiszczaka.

- Co ma mówić. Nikt się nie przyzna, że brał. A zna pan zdjęcie Chrostowskiego ze Zbigniewem Bujakiem w książce „Przepraszam za Solidarność”?

- Nie.

- Niech pan spojrzy. Stoją razem, jak starzy przyjaciele. I ten podpis - Z Waldkiem& Też z desantu. Kiszczak mówił w telewizji, że MSW kontrolowało Bujaka jak rzekomo się ukrywał. Wspólna fotografia kolegów „z desantu” przekonała mnie, że wiedzę o ruchach Bujaka służby miały od Chrostowskiego. No i co? Widzę, że zaskoczyłem pana fotografią. Prokuratora też, jak mu pokazałem na przesłuchaniu.

- Pan się myli, kpt. Szuba. Chrostowski i Bujak nie są kolegami z wojska. Dzieli ich pokolenie, 12 lat różnicy wieku. Byli kolegami, ale nie z desantu, lecz z NSZZ „Solidarność”.

- Hm, inaczej to sobie przedstawiałem.

- Wróćmy do pracy Chrostowskiego w Toruniu. 

- Skojarzyłem ze zbieżności imienia i nazwiska, że to może być on. Ale nie mogę powiedzieć sto procent - zastrzega Mieczysław Szuba. 

- Ale prokuratorowi nie powiedział pan „może być on”, tylko że „to jest ten sam” Chrostowski. Nie pomylił się pan?

- Prokurator naciskał. Kilkakrotnie dopytywał, czy to „na pewno ten Chrostowski”. Jeżeli widziałem go raz w młodym wieku& Mógł się zmienić z wyglądu. Wahałem się. 
- Być może, ale po wahaniu powiedział pan prokuratorowi, że ma pewność. Ba, utwierdził się pan w swoim przekonaniu, gdy zobaczył Waldemara Chrostowskiego na zdjęciu. 

- Prokurator przekręcił moje słowa, dokonał nadinterpretacji.

- Jak to mam rozumieć? Nie uwierzę, że doświadczony, z 28-letnim stażem oficer MO, który przesłuchał niezliczone zastępy potencjalnych przestępców, nie przeczytał protokołu swojego własnego przesłuchania w charakterze świadka.

- Prokurator pisał na laptopie. Odczytał mi zeznanie w pośpiechu.

- Dostał pan do przeczytania wydruk protokołu?

- Nie pamiętam, żebym dostał protokół do podpisania.

Na koniec wizyty pokazuję emerytowi MO obiecane dokumenty. Szef działu kadr Państwowej Straży Pożarnej zaświadcza, że Waldemar Chrostowski był w latach 70. kierowcą mechanikiem u warszawskich strażaków.

- Nie sądzi pan, że to raczej wyklucza, by miał wtedy też posadę na stacji benzynowej w Toruniu?

Kapitan Szuba milczy. Żadnego komentarza.

Zrazu w budynku na placu św. Katarzyny, oprócz stacji obsługi samochodów, działała stacja paliw CPN. W 1974 roku przejął ją PZMot. i do dziś kieruje nią Gracjan Mięsikowski.

- Kiedy umieścił pan na ścianie płaskorzeźbę Piłsudskiego?

- Mam ją z 30 lat. Nikomu tu nigdy nie przeszkadzała. A dlaczego pyta pan o marszałka?

- Pytam, bo pracę w latach 70. dostawało się tu, podobno, z poręki bezpieki.

- To budząca niesmak insynuacja. Niesprawiedliwe pomówienie i niecna, obrzydliwa manipulacja. 

- Kolegowaliście się z panem Chrostowskim, kiedy tu pracował?

- Nie, nie kolegowaliśmy. Wiem z mediów, kim jest pan Waldemar Chrostowski, ale nigdy go nie poznałem. W lutym 1971 roku rozpocząłem pracę na stacji, ale pan Chrostowski tu nie pracował. 

- Rozmawiał z panem na ten temat red. Wojciech Sumliński?

- Nie. Nie rozmawiał ze mną ani o panu Chrostowskim, ani o czymkolwiek. Nigdy nie rozmawiałem z redaktorem Sumlińskim. 

- Czy prok. Andrzej Witkowski przesłuchiwał pana w Toruniu? 
- To jakieś nieporozumienie. Nigdy nie miałem przyjemności być przesłuchiwanym przez prokuratora Witkowskiego.

- Redaktor Sumliński pisze o malwersacjach w obrocie paliwami na pana stacji benzynowej w latach 70. No i o kierowniku aferzystów, który uciekł w nieznanym kierunku.
- To nieprawda, nie na naszej stacji. Jak pamiętam, jedyna sprawa tego typu zdarzyła się na stacji benzynowej kilka kilometrów stąd, przy Szosie Lubickiej - mówi Gracjan Mięsikowski. 

Waldemara Chrostowskiego nie postawiono w stan oskarżenia za wystawienie księdza mordercom. Prokuratorowi Witkowskiemu wytknięto, powiedzmy eufemistycznie, błędy w sztuce. Katoni jednak nie zaprzestają oskarżeń publicznych. 

Kapitan Szuba nie bardzo kwapi się do przeproszenia Chrostowskiego.

- Jeśli się pomyliłem… Gdyby była jakaś okazja…

Sumliński oraz jego epigoni stygmatyzują przyjaciela księdza Popiełuszki. Bez podania dowodów kreują obraz najemnika SB, mającego haniebny udział w zbrodni na kapelanie „Solidarności”. Zastosowana metoda kłóci się z etyką postępowania dziennikarza. 
Sumliński przegrywa proces o zniesławienie Chrostowskiego w dwóch instancjach. Jednak nie spieszy się z przeprosinami. 

Sekcja katonów nie przeprasza. Taki zwyczaj.