nazwa.jpg, 14 kB

REŻYSER PROWOKACJI NIEZNANY

 

Dąbki, lato 1983 roku. Plaża. Rozmawiają dwaj mężczyźni. Ksiądz i adwokat.

-- Czy jak mnie zamkną, to będziesz mnie bronił?

Coś ty, Jurek! – Odparł starszy, zaskoczony pytaniem.—Nie rozumiem...Dlaczego mieliby ciebie zamknąć?

-- No, ale gdyby do tego doszło?

-- Gdyby tak się stało, to oczywiście. Będę cię bronił...

Ksiądz powtarzał przyjaciołom, ze długo nie pożyje. Jedni zalecali ostrożność. Inni poszeptywali o przeczuleniu, a nawet histerii. Nie wiedzieli, ze kiedyś przyjdzie im się za to wstydzić.

Warszawa, 12 grudnia 1983 roku. W przeddzień drugiej rocznicy ogłoszenia stanu wojennego, ksiądz Jerzy Popiełuszko zostaje zatrzymany w siedzibie stołecznej służby bezpieczeństwa w Pałacu Mostowskich. Z pomocą prawną przyjacielowi natychmiast spieszy niedawny interlokutor z plaży, znany adwokat Edward Wende:

-- Jurka przesłuchiwała prokurator Anna Dedko-Jackowska, uczennica złej sławy swojej starszej koleżanki Wiesławy Bardonowej. Obu nas traktowała wyniośle. Jak osobistych wrogów. Dla mnie to było coś niewyobrażalnego, z czym wcześniej się nie spotkałem. Pani prokurator – adwokaci nazywali ją „żółta”, bo po sadzie chodziła w żółtym dresie – wcale nie kryła swojej nienawiści zarówno dla mojego klienta, jak i do mnie... Nazajutrz odebrałem Jurka z Pałacu Mostowskich i zawiozłem na plebanię przy kościele św. Stanisława Kostki. Przed wejściem czekała gromada ludzi, którzy z radości nieomal go wnieśli do budynku.

Ksiądz niedługo zaznał spokoju. W następnych miesiącach został, bowiem poddany uciążliwej procedurze karnej, polegającej na bezsensownych, upokarzających przesłuchaniach. Oprócz mecenasa Wende, wspierał go w tych trudnych Chwilach drugi obrońca – Tadeusz de Viron. Do czasu, kiedy prokurator Bardonowa obydwu adwokatom zabroniła uczestnictwa w przesłuchaniach klienta.

Finał postępowania prokuratorskiego nie przyniósł organizatorom intrygi zamyślonego efektu. Ksiądz ostatecznie nie został aresztowany, ani nie wytoczono mu procesu. Niepowodzenie operacji w sposób osobliwy frustrowało pewnego kapitana bezpieki, usiłującego z niezwykłą zajadłością, za wszelką cenę dowieźć, jakoby ksiądz notorycznie łamał prawo. Ośmielił się dać publiczny wyraz swojego ubolewania:

--W wyniku przeszukiwania mieszkania księdza, ujawniono znaczną ilość materiałów prawnie zabronionych, w tym między innymi amunicję. Decyzją prokuratora, ksiądz Popiełuszko spędził w areszcie, po czym został natychmiast zwolniony za poręczeniem jednego z biskupów. Doprowadzenie do uzyskania informacji, ich potwierdzenia i organizacji prac śledczych były efektem około dwóch tygodni żmudnych, nieraz dwudziestoczterogodzinnych działań pracowników służby bezpieczeństwa...Jestem gotów wskazać osoby, dorosłych mężczyzn, którzy na wieść o uwolnieniu Popiełuszki płakali jak dzieci.

Wylewającym żale w imieniu płaczliwych i lamentujących kolegów był naczelnik wydziału pierwszego IV Departamentu MSW – Grzegorz Piotrowski.

Przypomnijmy kulisy intrygi i kolejność misternie układanego planu zdarzeń. W lipcu 1984 roku sporządzono akt oskarżenia przeciwko księdzu Jerzemu Popiełuszce, któremu prokuratura zarzuciła nadużywanie w wygłaszanych kazaniach wolności sumienia i wyznania w ten sposób, że permanentnie oprócz przekazywania treści religijnych zniesławiał władze państwowe, pomawiał je o posługiwanie się funduszem, obłudą i kłamstwem, a poprzez antydemokratyczne ustawodawstwo – niszczenie godności człowieka. Ponadto oskarżono go, że nie mając właściwego zezwolenia przechowywał 38 sztuk amunicji kalibru 9 mm do pistoletu P-64 produkcji z 1974 i 1979 roku., 3 bojowe granatyłzawiące, UGŁ –200,materiały wybuchowe w postaci termitu żelazowo-glinowego i dynamitu skalnego wraz z potrzebnymi do spowodowania eksplozji detonatorami i przewodami elektrycznymi.

Co więcej, działając w zamiarze wywołania niepokoju publicznego, przechowywał w celu rozpowszechniania nielegalne wydawnictwa o treści lżącej i poniżającej naczelne organa PRL, oraz nawołujące do wystąpień publicznych. W mieszkaniu księdza znaleziono 15 tysięcy egzemplarzy nielegalnych pism, 60 egzemplarzy 14-stronicowego sprawozdania księdza Stanisława Małkowskiego ze spotkania z Prymasem Polski Józefem Glempem, jakoby wysłanego do księdza Popiełuszki z listem do Jerzego Gedroycia z Paryża, gryps w języku francuskim, 60 matryc zagranicznych oraz pięć tub farby drukarskiej.

Akt oskarżenia sygnowała wprawdzie prokuratura, ale sporządzony został na zamówienie i pod dyktando podwładnych generała Czesława Kiszczaka. Notabene urząd prokuratorski wykonywał jedynie dyrektywy Biura Politycznego i Sekretariatu KC PZPR. Reżym zamierzał wykreować duszpasterza NSSZ SOLIDSRNOŚĆ na terrorystę i wroga narodu polskiego.

Jedenaście lat później Sąd Najwyższy ogłosił, że ksiądz Popiełuszko nie popełnił żadnego z zarzucanych mu onegdaj przestępstw! Bowiem funkcjonariusze służby bezpieczeństwa – za wiedzą kierownictwa MSW – podłożyli w jego mieszkaniu wspomniane materiały wybuchowe, broń i amunicję oraz sprokurowane przez siebie wydawnictwa bezdebitowe.

Zaledwie dwa miesiące przed zamordowaniem księdza warszawski sąd umorzył wprawdzie postępowanie przeciwko niemu z powodu amnestii, ale niesłusznie. Decyzja taka jest, bowiem jedynie aktem wybaczania sprawcy faktu popełnienia przestępstwa wraz z uznaniem, ze dokonał zarzucanego mu czynu. Pokrzywdzony nie mógł się odwołać od tego postanowienia. Sędziowie Sądu Najwyższego, uwzględniając rewizję nadzwyczajną, złożoną przez zastępcę prokuratora generalnego Stefana Śnieżkę, uznały, ze homilie księdza zawierały rzetelną, opartą na prawdzie i w pełni uprawnioną krytykę działalności ówczesnych władz. Sadowi rejonowemu dla miasta stołecznego Warszawy zarzucili tendencyjne i selektywne komponowanie dowodów, bezkrytyczne przyjęcie tez prokuratorskich i brak bezstronności. Inaczej mówiąc zarzucono sędziom sprzeniewierzenie się konstytucyjnej zasadzie niezawisłości.

Sąd Najwyższy w uzasadnieniu swojej decyzji zwrócił uwagę na wykonanie swoistej dyrektywy, charakterystycznej dla totalitarnej władzy, sprowadzającej się do czynienia winnymi osób niewinnych. Zastosowanie metody przestępczych i prowokacyjnych działań służb Ministerstwa Spraw Wewnętrznych wobec księdza, wykonywane były w dużej części przez funkcjonariuszy MSW, którzy działając w tym wypadku za wiedzą i aprobatą kierownictwa swojego resortu w następnej kolejności zamordowali oskarżonego...W buty tego „oskarżonego” warszawska prokuratura ubrała księdza Jerzego Popiełuszkę.

Teraz przychodzi nam powrócić do rzekomego stanu frustracji kapitana Grzegorza Piotrowskiego. Wpierw trzeba stwierdzić, że obciążył on swoją ofiarę przestępstwem, które sam popełnił! Bowiem osobiście umieszczał w mieszkaniu księdza zarówno amunicję do pistoletów maszynowych, jak i granaty oraz materiały wybuchowe, po które wcześniej specjalnie jeździł do Katowic!

Zatem świadomie, z ohydą premedytacją podając nieprawdę, podjął jeszcze jedna próbę publicznego zdyskredytowania swojej ofiary. Doprawdy – próżno szukać przykładu większej arogancji i cynizmu sprawcy zbrodni.

Po zatrzymaniu księdza Popiełuszki, Warszawską Kurię Metropolitarną odwiedził specjalny wysłannik MSW. Otrzymał jedno, ale pilne zadanie. Ustalić reakcje kurialistów na zaistniałe wydarzenia. Jakże trafna w tym kontekście jest uwaga pani prokurator Krystyny Daszkiewicz: Jeżeli Grzegorz Piotrowski powiedział w sądzie prawdę o swych szlochających” jak dzieci” funkcjonariuszach SB, płaczących, dlatego, że niewinny człowiek został uwolniony z aresztu nie udało się doprowadzić do jego procesu w oparciu o sfałszowane dowody, to patologia w tych służbach musiała być niezwykle głęboka. Chodzi przecież o pracowników instytucji, która miała służyć ochronie państwa i obywateli.

W istocie nie chodziło o prowokację w ścisłym tego słowa znaczeniu. Raczej o skompletowanie fałszywych dowodów, mających umieścić księdza na ławie oskarżonych.

Puentą kryminalnej operacji przeciwko kapelanowi SOLIDARNOŚCI były ministerialne gratulacje i gratyfikacje finansowe, dobrze utrwalone w pamięci porucznika MSW Leszka Pękali, uczestniczącego w prowokacji:

--Za akcję na ulicy Chłodnej otrzymałem nagrodę pieniężną i zdaje się także odznaczenie resortowe. Odbywało się to w gabinecie dyrektora Zenona Płatka i wydaje mi się, że on je wręczał. Nie pamiętam, czy był tam także wówczas któryś z wiceministrów.

Staranie zaaranżowana „rewizja” w mieszkaniu kapłana, została zarejestrowana na taśmie filmowej przez specjalną ekipę reżimowej telewizji. Było, zatem oczywiste, że prowokacja nie mogła być samowolnym przedsięwzięciem niskiego szczebla oficerów MSW.

Wymagało ustalenia, kto był reżyserem tego spektaklu? Kto zlecił realizację akcji na Chłodnej? Proces toruński nie przyniósł odpowiedzi. Ale w aktach całkiem innego procesu, znajdujemy następujący fragment zeznań:

-Departament IV MSW otrzymał od wiceministra Ciastonia polecenie opracowania koncepcji działań operacyjnych, specjalnych – należy to rozumieć, jako drogę prowokacji i fabrykowania fałszywych dowodów – rozpisaną na poszczególne czynności z uwzględnieniem, kto, kiedy, jakim sposobem i co ma wnieść do mieszkania księdza, odkąd ma być dyżurujący pracownik biura śledczego, aby po wniesieniu przedmiotów do tego mieszkania, mógł on udać się z grupą operacyjną, przeistoczoną w grupę śledczą, która uprzednio przedmioty wniosła, w celu ich oficjalnego, w majestacie prawa, znalezienia. Koncepcję parafował wiceminister Ciastoń: _ Jestem za szybką realizacją. Wiceminister przedstawił dokument do zatwierdzenia ministrowi Kiszczakowi...

To zeznanie Adama Pietruszki, zajmującego w akcji na Chłodnej, stanowisko wicedyrektora IV /departamentu MSW.

Generał Czesław Kiszczak wszystkiemu zaprzeczył. O zatrzymaniu księdza Popiełuszki dowiedział się telefonicznie od arcybiskupa Bronisława Dąbrowskiego. Po rozmowie z generałem Jaruzelskim, wszechwładny szef policji politycznej zatelefonował do prokuratora generalnego. I poleciłby uwolnić księdza.

Proszę zwrócić uwagę. O przywróceniu człowiekowi wolności nie decydował sąd, nie prokurator, a szef policji politycznej. Kiszczak miał nad nimi wszystkimi przewagę siły struktury mafijnej, której przewodził..

Przełożeni nie udzielili kapitanowi Piotrowskiemu reprymendy za przygotowanie prowokacji i bezprawne zatrzymanie księdza. Co więcej – przyzwolili na planowanie jego aresztowania, postawienia w stan oskarżenia i osądzenia za nielegalną działalność konspiracyjną.

Brak negatywnej reakcji przełożonych na prowokację, oznaczał akceptację nie tylko aktualnych, ale i dalszych bezprawnych działań. Bez tej aprobaty Piotrowski nie mógłby sfinansować zbrodni ze służbowych przecież pieniędzy. Niewątpliwym umocnieniem w słuszności podjętych działań i zachętą do eskalacji bezprawnych czynów było nagrodzenie bezpośrednich realizatorów prowokacji.