nazwa.jpg, 14 kB

BLEF SOWIECKIEJ INTERWENCJI

 

Jesienią 1980 roku, Kreml naciskał na „wewnętrzne rozwiązanie polskich problemów”, jak nazywano wówczas rozprawienie się z „Solidarnością”. Od kierownictwa PZPR oczekiwano „normalizacji sytuacji” w Polsce. Zatrzymania „kontrrewolucji”. Narodowego ruchu, który odbierał komunistom monopol na prawdę, podważał i wywracał logikę systemu.

Przywódcy imperium wspierają towarzyszy z bratniej partii sposobem tradycyjnym. By mieć wgląd w sprawy polskie, straszą operacją militarną, nazywaną w języku sowieckich marszałków „ćwiczeniami”. W pierwszej dekadzie grudnia 1980 roku, zaplanowali wprowadzenie na terytorium Polski 18 dywizji, czyli więcej niż liczyły polskie wojska lądowe. Na manewry potrzebna było przyzwolenie - a jakże! - kierownictwa polskiego.

Już listopadzie czechosłowacka bezpieka rozpoczyna operację rozpoznawczą kryptonim „Karkonosze”. Granicę Polski przekraczają incognito agenci służb wojskowych i cywilnych, władający językiem polskim. Przebrani w cywilne ubrania oficerowie lustrują trasy przemarszu wojsk i tereny przyszłych działań. Wykonują zadania zlecone centrum dowodzenia i koordynacji urządzonego w czechosłowackim konsulacie w Katowicach. W największych miastach na południu Polski zbierają informacje o nastrojach ludności. Gromadzą dane przydatne do sporządzania precyzyjnych map i rozpisywania planów inwazji wojskowej.

Od południa miały wkroczyć do Polski dwie dywizje - czołgowa i zmechanizowana - oraz oddziały zabezpieczenia. W sumie 45 tysięcy żołnierzy i oficerów Zachodniego Okręgu Wojskowego, którym dowodził gen. Stanislaw Prochazka. Główny kierunek natarcia wyznaczono na Wrocław, Opole i dalej na wschód, a celem ćwiczenia było zablokowanie jednostek polskich w miejscach zakwaterowania i uniemożliwienie im jakiegokolwiek działania.

W miejscowości Kurzivody, nieopodal polskiej granicy, ulokowano sztab grupy interwencyjnej, który po rozpoczęciu inwazji miał się przenieść do Legnicy. Dowódcą wojsk inwazyjnych mianowano gen. Frantiszka Veselego. Oficerowie pobrali ostrą amunicję oraz mapy z naniesionymi szlakami przemarszu. Każdy czechosłowacki czołg posiadał 43 jednostki ognia, czyli tyle, ile przewidywano na okoliczność ciężkich walk. Wszystko pod szyldem internacjonalistycznej pomocy dla „bratniego kraju”, gdzie „Solidarność” zagrażała socjalizmowi.

Ćwiczono interwencję sił Układu Warszawskiego. Sztabowcy zakładali opór wojsk polskich. Kalkulowali nawet trzy miliony ofiar po obu stronach w trakcie inwazji. Podczas realizacji pierwszego etapu operacji, czyli zajmowania pozycji wyjściowych do ataku, opodal granicy z Polską, z mostu na rzece spada czechosłowacki czołg. Czteroosobowa załoga traci życie.

Płk Ryszard Kukliński (pseudonim Jack Strong), zawiadamia czasie Amerykanów, że do „zdławienia zarazy” wyznaczono 18 dywizji wojsk interwencyjnych Układu gotowych do przekroczenia granic Polski. Scenariusz operacyjny manewrów pod kryptonimem Sojuz’80, przygotowany w Sztabie Generalnym sowieckich sił zbrojnych, zakłada rozlokowanie grup interwencyjnych w największych polskich bazach wojskowych. W zależności od rozwoju sytuacji, planowano zablokowanie i odizolowanie od reszty kraju wszystkich większych miast, a zwłaszcza centrów przemysłowych. Podczas przegrupowywania dywizji „państw sprzymierzonych”, armia polska miała pozostawać na terenie miejsc skoszarowania.

Ryszard Kukliński zawarł w omawianym raporcie swego rodzaju post scriptum: „Z przykrością donoszę, że chociaż każdy, kto widział te plany (bardzo wąska grupa ludzi) jest przygnębiony i przytłoczony, nikt nawet nie rozważał możliwości czynnego przeciwstawienia się planowanej akcji Układu Warszawskiego. Znaleźli się nawet tacy, którzy twierdzili, że sama obecność tak licznych sił zbrojnych na terytorium Polski może uspokoić naród”.

Telegram z zapowiedzianą datą manewrów mających znamiona inwazji, dostarczono w trybie nagłym Zbigniewowi Brzezińskiemu, dyrektorowi Państwowej Rady Bezpieczeństwa. Przekazane informacje znalazły potwierdzenie między innymi w przejętych przez wywiad amerykański i odszyfrowanych sowieckich depeszach wojskowych oraz zdjęciach satelitarnych, obrazujących bezprecedensowe zgromadzenie wojsk Układu wzdłuż polskiej granicy.

Jednocześnie, dyrektor CIA informuje Biały Dom, że do przekroczenia granicy z Polską szykują się jednostki sowieckie stacjonujące wokół Templina (NRD). Ponadto – „pakuje wyposażenie” dywizja spadochronowa na Litwie, a w Kaliningradzie uruchomiono szpital polowy.

Miałem na biurku zdjęcia czołgów sowieckich już na pozycjach wypadowych na samej granicy” - potwierdzi Brzeziński w rozmowie z Lechem Dymarskim i Andrzejem Gelbergiem. „Pułki spadochroniarzy ładowano na transportery, pamiętam namioty szpitali polowych rozwinięte pod Kaliningradem” (Przeciw zbiorowej nieodpowiedzialności. Ze Zbigniewem Brzezińskim rozmawiają Lech Dymarski i Andrzej Gelberg. Tygodnik Solidarność 03 04 1992).

Nikołaj Ogarkow, szef Sztabu Generalnego Armii Czerwonej, wzywa pilnie do Moskwy gen. Tadeusza Hupałowskiego, I zastępcę szefa Sztabu Generalnego WP oraz szefa wojsk lądowych NRD i I zastępcę ministra obrony CSRS. 1 grudnia, goście marszałek dostają informację o rozpoczęciu „w trybie nagłym” dwuetapowych ćwiczeń Sojuz’80. Najpierw, 5,6 dni, „ćwiczenia taktyczne, samodzielnie” we własnym kraju i „na terenie PRL”, po czym nastąpi przemieszczenie wojsk „na ustalone pozycje i po dniu przerwy rozpoczęcie „frontowych ćwiczeń dowódczo-sztabowych w terenie ze środkami łączności z częściowym wprowadzeniem wojsk na tereny PRL” (Materiały Sejmu. „Notatka informacyjna dla towarzysza ministra obrony narodowej CSRS, generała armii Martina Dzúra”, datowana 3 XII 1980).

Generałów „bratnich armii” zapoznano z mapami, na których naniesiono plany operowania poszczególnych dywizji. Sowieckie miały ćwiczyć na wschód od linii Elbląg, Łódź, Kraków, czechosłowackie w rejonie Wrocławia i Katowic, niemieckie Szczecina i Koszalina, a polskie Poznania, Gdańska i Wrocławia. „O przeprowadzeniu ćwiczeń, łącznie z ustaleniem terminu, zadecyduje kierownictwo polityczne”, oznajmił na zakończenie odprawy marszałek Ogarkow. Termin „gotowości operacyjnej” ustalono na 8 grudnia (Materiały Sejmu sygn. 1839/94/1).

Przywódcy reżimu warszawskiego są skonsternowani przywiezionymi z Moskwy wieściami. Zaniepokojenie – jeśli nie panikę – potęguje meldunek generała Hupałowskiego o poprzedzającej rozpoczęcie manewrów „bratnich armii” naradzie sekretarzy „bratnich partii”.

Pułkownik Kukliński podaje, że generał Jaruzelski był „w stanie szoku, zamknął się w swoim gabinecie i był zupełnie niedostępny” (Wojna z narodem widziana od środka. Warszawa 1997, s. 29).

Kania rozważał, co będzie, „gdy dojdzie do inwazji”. Wyobraźnia podpowiadała „obraz grozy”. W nielicznych wolnych chwilach między jednym konwentyklem a drugim myślał „o żonie, dzieciach, matce” (Zatrzymać konfrontację. Warszawa 1991, s. 84-85).

3 grudnia 1980 roku, marsz. Wiktor Kulikow, naczelny dowódca Zjednoczonych Sił Zbrojnych Państw UW, występuje do ministra Jaruzelskiego o formalną zgodę na rozpoczęcie ćwiczeń Sojuz’80, czyli otwarcie granic Polski.

4 grudnia ogłoszono komunikat o posiedzeniu Rady Wojskowej MON. Jakaś tajemnicza instytucja. Pracowałem w warszawskim tygodniku (gdzie notabene byłem przewodniczącym „Solidarności”) i nigdy o niej nie słyszałem, więc co mówić o innych Polakach. Komunikat obliczony był raczej na efekt propagandowy - opamiętajcie się; jest groźnie. Wpisany zresztą w pewien pakiet zdarzeń tego rodzaju.

Po dwudniowym posiedzeniu KC, które zdominowały zmiany personalne i dyskusja o stanie przygotowań do nadzwyczajnego zjazdu partii, na konferencji prasowej wystąpił wysokiej rangi urzędnik partyjny - Walery Namiotkiewicz. Były dziennikarz tygodnika „Po prostu”, sekretarz osobisty Gomułki, aktualnie kierownik wydziału ideowo-wychowawczego KC. Namiotkiewicz poinformował o zahamowaniu „szaleństwa strajkowego”. Dowód - jedyny strajk w Polsce.

Jednocześnie PAP rozpowszechnia dramatyczny w tonie list KC PZPR, zaczynający się słowami: „Rodacy! Ważą się losy narodu i kraju!”. Alarmowano, że skutki „ostrego kryzysu politycznego” - za który winą plenum obarczyło właśnie Gierka i Jaroszewicza – „mogą być groźne dla naszych podstawowych narodowych interesów”.

List miał charakter ostrzeżenia. Atmosferę grozy wzmagała jego enigmatyczność, zamierzona przez partyjnych mistrzów socjotechniki. Czytelnik odezwy pozostawał faktycznie w niewiedzy, bo losom „narodu i kraju” zagrażał podmiot domyślny.

Uwagę baczniejszych obserwatorów życia politycznego zwróciły słowa: „rodacy”, „narodowy interes”, raczej obce, bodajże nieobecne w języku partyjnym. Retoryka listu wywoływała stan niepokoju, jeśli nie strachu. Mogła też być konsekwencją zapowiedzianych manewrów „bratnich armii” na terytorium Polski. Wynikiem obaw decydentów przed ewentualnymi, do końca niewiadomymi ich skutkami.

Do opinii publicznej nie przedostały się informacje o przebiegu odprawy Sztabu Operacji Lato’80, a więc i konkluzje. Kierujący Sztabem MSW, wiceminister Stachura, uprzedzał uczestników o przewidywanym podjęciu „pewnych działań partyjno-politycznych, które mogą wywołać zamieszanie”.

Pewnych działań”… Stachura, skąd inąd weteran bezpieki i uznany specjalista od przygotowywania tajnych operacji policji politycznej na zlecenie partii - nie zdradził szczegółów. Dopowiedział jedynie, że w wypadku podjęcia wspomnianych enigmatycznie działań, niezbędne będą przedsięwzięcia specjalne: „Może wówczas zajść potrzeba ochrony naszych obiektów” (Materiały Sejmu, sygn. 2309/IV, t. 2).

Naszych”, czyli jakich? Obiektów państwowych? Polskich w ogóle, czy tylko resortu spraw wewnętrznych? Przed kim, czy przed czym miały być specjalnie chronione? Kto tym obiektom chciał, czy mógł zagrażać?

Po poznaniu cytowanych materiałów, usiłowałem uzyskać odpowiedź u źródła. Gen. Bogusław Stachura odmówił rozmowy: „Jeszcze nie czas”. A potem umarł (21 VIII 2008).

Odprawa u szefa Sztabu Operacji Lato’80 miała charakter poniekąd militarny. Nazajutrz, podczas telekonferencji z komendantami wojewódzkimi milicji, dyrektor Departamentu Gospodarki Materiałowo-Technicznej MSW, informuje, że jest zgoda „na rozkonserwowanie broni”, (tamże, sygn. spis 156, poz. 21).

Decyzje i przedsięwzięcia militarne przywódców sowieckich i polskich, objęte klauzulą poufności, szybko straciły walor tajemniczości. Artykuły o koncentracji wojsk „bratnich armii” w rejonie granic Polski publikuje prasa amerykańska, informuje też RWE. Jeśli tajny plan manewrów wojsk Układu miał wywołać efekt zagrożenia inwazją, to przeciek do mediów jest zrozumiały i oczywisty.

Już 1 grudnia, prezydent Stanów Zjednoczonych informuje o planowanych przedsięwzięciach Moskwy m. in. kanclerza Niemiec Zachodnich, Helmuta Schmidta, i prezydenta Francji, Valéry’ego Giscarda d' Estaing przywódców zachodnich. Natomiast o północy czasu moskiewskiego, z 3 na 4 grudnia 1980 roku, za pośrednictwem prezydenckiej gorącej linii, łączącej Biały Dom z Kremlem, używanej jedynie w chwilach niebezpiecznych kryzysów, wysłano na Kreml depeszę ostrzegającą przed „bardzo poważnymi” konsekwencjami dla stosunków amerykańsko-sowieckich w wypadku zaatakowania Polski (George Weigel: Świadek nadziei. Wydawnictwo ZNAK 2000, s. 513).

W tym samym czasie, Zbigniew Brzeziński przekazuje stanowisko Białego Domu dziennikarzom. Nazajutrz depeszę Jimmiego Cartera skierowaną na Kreml drukuje „The New York Times”.

Media wolnego świata równocześnie informują o precedensowej decyzji niezwykle wpływowych, potężnych związków zawodowych AFL-CIO. To zapowiedź wezwania stoczniowców, kolejarzy i obsługi lotnisk w całym świecie zachodnim do bojkotu, czyli blokady wszelkich środków przewozu towarów i ludzi do i ze Związku Sowieckiego.

Rano, 4 grudnia, granicę CSRS przekracza gen. Jaroslav Gottwald, prominentny dowódca Zachodniego Okręgu Wojskowego. Po stronie polskiej wita go dobry znajomy - Ryszard Wilczyński, też generał.

Czech ma na sobie uniform polowy, więc jest zdziwiony strojem kolegi z „bratniej armii”. Zastępca dowódcy Śląskiego Okręgu Wojskowego jest ubrany po cywilnemu. Mało tego. Kolega generał dał mu do zrozumienia, że w Polsce „jest wszystko w porządku, armia stoi na pozycjach PZPR, [a] partia opanuje sytuację”. Rozmówcy Gottwalda ze ŚOW nie wykazują entuzjazmu dla „ćwiczeń”. Są przekonani, że ludność odczyta je, „jako przygotowania do interwencji” (Materiały Sejmu. Informacja Gottwalda dla szefa Sztabu Generalnego z 6 XII 1980).

Tymczasem napięcie na Kremlu sięga zenitu. Breżniew wzywa do Moskwy przywódców partii komunistycznych państw bloku wschodniego, by omówić „sprawę polską”. Dominuje przeświadczenie, zwłaszcza wśród delegatów z NRD, Czechosłowacji i Polski, że spotkanie na szczycie przywódców tzw. Obozu Narodów Miłujących Pokój, zwołano w celu podjęcia formalnej uchwały o interwencji wojskowej. Inwazja – kalkulowano wśród delegatów – miała skłonić kierownictwo polskie do zmasowanych aresztowań, a być może i fizycznego zlikwidowania elity pierwszego w bloku wschodnim niezależnego od partii komunistycznej związku zawodowego.

Wcześniej dochodzi do symptomatycznego incydentu dyplomatycznego. W przeddzień odlotu do Moskwy, Kania zwyczajowo, czyli za pośrednictwem ambasadora Aristowa, zwraca się do Breżniewa o kuluarowe tête-à-tête przed rozpoczęciem narady. Ku zaskoczeniu interesanta, gensek odmawia spotkania, co za zwyczajne uznać trudno.

Niewątpliwy afront wzmaga panikę w warszawskim Białym Domu. Powolni Moskwie przywódcy polskiej partii potraktowali zachowanie Breżniewa, jako symptom alarmu i zwiastun o ile nie wszystkiego najgorszego, to zapowiedź kłopotów.

Polska delegacja partyjna podróżuje do centrali imperium w minorowych nastrojach. „Leciałem do Moskwy w stanie ogromnego wewnętrznego napięcia. Liczyłem się z najgorszym”, wspomina Barcikowski (U szczytów władzy. Warszawa 1998, s. 204-205).

Skład delegacji jest, można powiedzieć, bardzo silny. Do samolotu wsiada aż siedmiu członków Biura Politycznego - Kania, Pińkowski, Barcikowski, Olszowski, Jaruzelski, Czyrek i Milewski.

Wieczorem, w przeddzień zebrania, delegację witają na lotnisku wysocy rangą członkowie władz sowieckich – Konstantin Rusakow oraz Michaił Susłow, przewodniczący specjalnej komisji ds. polskich Biura Politycznego KC KPZS, powołanej 25 sierpnia 1980 roku. Goście z Warszawy niezwłocznie otrzymują projekt komunikatu końcowego narady, więc niektórym przemyka trwożna myśl, że pewnie zostaną odprawieni następnym samolotem.

Nic podobnego jednak nie ma miejsca. Przeciwnie. Do Barcikowskiego podchodzi Rusakow i uspokaja roztrzęsionych gości z Warszawy. „Nie trzeba się niepokoić”, mówi, „bo wszystko pójdzie pomyślnie” - „błagopołuczno” (tamże, 205).

Późną nocą (z 4 na 5 grudnia), Kanię podrywa dzwonek telefonu. Członek sowieckiego politbiura, minister obrony Dmitrij Ustinow oznajmia o zmianie stanowiska Breżniewa. Gensek obiecuje przyjąć przywódcę polskiego. Tyle, że nie przed zebraniem, jak chciał, a dopiero po zakończeniu narady.

5 grudnia, dwie godziny przed południem, delegaci siedmiu państw socjalistycznych rozpoczynają debatę na temat trwającej w Polsce „kontrrewolucji”. Przeciwni rozwiązaniu siłowemu są Nicolae Ceausescu i János Kádár. Natomiast najbardziej obstają za tą opcją - Erich Honecker, Gustáw Husák i Todor Żiwkow. Zwłaszcza przywódca niemieckich komunistów deklaruje „odpowiednią pomoc bratniej partii” ze strony zachodniego sąsiada.

Wydarzenia w Polsce są w przeważającej części rezultatem skoordynowanego planu wewnętrznej i zewnętrznej kontrrewolucji”, diagnozuje Honecker. „To jest fragment imperialistycznej polityki konfrontacji i wzmożonej dywersji wobec krajów socjalistycznych... Jeśli władza robotniczo-chłopska jest zagrożona, jeśli musi być chroniona przed siłami kontrrewolucyjnymi, które gotowe są na wszystko – nie pozostaje inny wybór, jak użyć organów bezpieczeństwa robotniczo-chłopskiego państwa”.

Breżniew zagaja w nieoczekiwanie umiarkowanym tonie. Twarz Honeckera tężeje. Jest skonfundowany i, jakby to powiedzieć, zdezorientowany. Nie udało mi się ustalić, czy „niemiecki jastrząb” przekazał uczestnikom moskiewskich obrad informację o poczynionych w NRD przygotowaniach do pomocy „bratniej partii”.

Jak podają niemieccy historycy, Narodowa Armia Ludowa zamierzała zmobilizować rezerwistów i personel medyczny, a w szpitalach wojskowych były przygotowane dodatkowe łóżka. Przewidziano też mobilizację prawników do pracy w prokuraturach i sądach wojskowych oraz uruchomienie poczty polowej. W założeniach logistycznych zwraca uwagę pomysł całkowitego zakazu kontaktów niemieckich wojskowych z ludnością cywilną, z powodów, powiedzmy, bardzo praktycznych. Mianowicie - „higieniczno-epidemiologicznych”1.

Pytanie jest proste. Czy Niemcy szykowali się tylko na manewry?...

Zbigniew Brzeziński w swoich wspomnieniach relacjonuje wysiłki polityczne, zmierzające do zażegnania groźby inwazji sowieckiej. Mówimy o biegu zdarzeń, przypominam, następujących nieco ponad sto dni po powstaniu „Solidarności”.

Sobota, 6 grudnia. Stan Turner, ówczesny szef CIA, przedstawia ocenę sytuacji. Na wschodnich i zachodnich granicach Polski nadal przegrupowują się sowieckie jednostki wojskowe. Konkluzja oceny jest dramatyczna: „CIA doszło do przekonania, że Związek Radziecki będzie gotów wkroczyć w ciągu 48 godzin”2.

Niedziela, 7 grudnia, to samo źródło: „Stan Turner (…) oświadczył, że ma na temat Polski dodatkowe informacje wywiadu z zachodniej części Związku Radzieckiego, Czechosłowacji i NRD. Każdy z oddziałów ma już wyznaczone zadanie. Moskwa domagać się będzie likwidacji wszystkich tzw. elementów kontrrewolucyjnych w Polsce. Wspólna decyzja Układu Warszawskiego w sprawie inwazji zapadła (…) wykonanie jej może nastąpić już o siódmej rano albo wieczorem. To znaczy dzisiaj w nocy”.

W tym miejscu niezbędna jest uwaga o różnicy czasu pomiędzy Moskwą i Waszyngtonem… NATO stawia swe oddziały w stan podwyższonej gotowości bojowej. Fakt ten odnotowuje - oczywiście - wywiad sowiecki.

Brzeziński, świadom przecieku do Moskwy, wysyła do Departamentu Stanu USA notatkę z wykazem zaawansowanego uzbrojenia, którego sprzedaż do Chin rozważała podówczas administracja. Jednocześnie członkowie ekipy wybranego miesiąc wcześniej nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych, Ronalda Reagana (jeszcze niezaprzysiężonego), wydają oświadczenie popierające kroki podjęte przez ustępującą administrację.

Nikt z gospodarzy wspomnianej moskiewskiej narady nie poddaje personalnej krytyce polskiego kierownictwa. Dochodzi do spotkań na osobności premierów - Nikołaja Tichonowa i Józefa Pińkowskiego oraz ministrów obrony – Ustinowa i Jaruzelskiego.

Breżniew udziela audiencji Kani, który ponownie przekonuje, że polscy komuniści poradzą sobie z „kontrrewolucją”. I wówczas - w obecności Rusakowa – zmęczony przydługimi obradami gensek wygłasza znamienną kwestię, dla której nie powinno zabraknąć miejsca w żadnej poważnej publikacji na temat kryzysu.

No, choroszo, nie wajdiom (Dobrze, nie wejdziemy).

A kak budiet usłożniatsia - wajdiom. (Ale jak powstaną komplikacje - wejdziemy).

No, biez tiebia – nie wajdiom (Ale bez was – nie wejdziemy).

Kani spada kamień z serca.

Deklarację Breżniewa poprzedza zwołane naprędce posiedzenie sowieckiego politbiura. Odbywa się gorączkowa debata nad przewidywanymi skutkami amerykańskich restrykcji ekonomicznych. Stopień wiarygodności ostrzeżeń Cartera podwyższają obowiązujące od pół roku sankcje ekonomiczne, wprowadzone po inwazji sowieckiej na Afganistan. Zwłaszcza dotkliwe dla sowieckiej gospodarki permanentnych braków, embargo na dostawy zboża.

Przywódcy imperium nie zwlekają z decyzją. Postanawiają przerwać przygotowania do manewrów. Następuje korekta strategii. Odtąd na Kremlu zdobywają przewagę zwolennicy koncepcji zniszczenia „Solidarności” bez angażowania militarnego wojsk sowieckich, szerzej - sił zbrojnych Układu.

5 grudnia, o godzinie 21. czasu moskiewskiego, dowódcy wojsk skoncentrowanych na granicy Polski odbierają sygnowany, jako „błyskawiczny” – rozkaz obniżenia stopnia gotowości bojowej, a następnie wycofania stanów osobowych dywizji do baz stałego kwaterowania.

O świcie, 6 grudnia 1980 roku, także dywizje czechosłowackie rozpoczynają odwrót znad północnej granicy. Oficerowie przed końcem roku otrzymują nagrody za „właściwą postawę i działanie w sytuacji bojowej”. Żołnierzom niezawodowym tłumaczono, że brali udział jedynie w ćwiczeniach zimowych w celu zapoznania się z warunkami topograficznymi na wypadek wojny.

Zapisy stenogramów rozmów wierchuszki KPZS z szefami państw UW dowodzą presji na polskie władze. Równocześnie komunikat dla strony polskiej jest wyraźny: radźcie sobie, a nawet musicie poradzić sobie sami. Bez nas, towarzysze. Blefować, straszyć interwencją możemy, ale na „pomoc militarną” nie liczcie.

Sowiecka interwencja była niemożliwa z kilku powodów. Niewiadomą była reakcja polskie armii, więc obawiano się przelewu krwi. Będące na granicy bankructwa imperium utrzymywał eksport gazu i ropy oraz wspomniany import zboża. Na Kremlu wiedziano, co oznaczają dalsze restrykcje krajów zachodnich po już wprowadzonych wskutek inwazji na Afganistan, gdzie sowieckie wojska ugrzęzły „na amen”.

Powstanie „Solidarności”, po raz pierwszy od wielu lat, zakwestionowało realne władztwo Moskwy nad Polską. Breżniew, Andropow, Susłow i spółka potrzebowali w Warszawie człowieka, który zagwarantuje powstrzymanie „kontrrewolucji” i zadba należycie o interesy imperium sowieckiego. W testach lojalności najlepiej wypadał Jaruzelski.

Związek Sowiecki mógł pozwolić sobie tylko na demonstrację siły. Na przemieszczanie wojsk wzdłuż granic Polski i przeprowadzanie manewrów. Jedno i drugie skutecznie zastraszało przywódców reżimu warszawskiego i wywierało presję na opozycję.

(Tygodnik Solidarność……)

1 Manfred Wilke, Reinhard Gutsche, Michael Kubina: Kierownictwo SED wobec polskiego ruchu opozycyjnego w latach 1080-1981. W: Studia i materiały, zeszyt 75. Polski Instytut Spraw Międzynarodowych, Warszawa 1994, s. 69.

 

 

2 Zbigniew Brzeziński: Cztery lata w Białym Domu. Wspomnienia. Wydawnictwo Polonia. Londyn 1986.